Gdy zaczyna się dany mecz, nie mam pojęcia, ile potrwa, a przez to, jak długo będę go komentował. W większości przypadków rezultat spotkania znamy po mniej niż dwóch godzinach od pierwszego gwizdka. W końcu rzadko kiedy dochodzi do dogrywki. Do dwóch – tym bardziej. A starcie Basketu z Astorią zostało rozstrzygnięte po – uwaga – piętnastu dodatkowych minutach.
Jeszcze przed rozpoczęciem spotkania, Basket zajmował dopiero 15. miejsce w tabeli, a Astoria była (i jest) liderem. To rozgrywki pierwszoligowe, gdzie trwa obecnie 12. kolejka zmagań. Na tym etapie sezonu wszystkie drużyny można scharakteryzować na tyle precyzyjnie, że trudno zupełnie przestrzelić swój przedmeczowy typ. I choć bilans wyżej wskazanych zespołów jest zgoła inny, to Basket nawet w ostatnich tygodniach pokonał m.in. ŁKS Łódź i Sokoła Łańcut, czym potwierdził swoją umiejętność prowadzenia wyrównanej rywalizacji z tymi najlepszymi w lidze.
Poznaniacy w sobotę nie dali odczuć swoimi kibicom, że teoretycznie startują z pozycji underdoga. Dobrze zaczęli starcie z Astorią, a w kolejnych kwartach nie wyglądali jak drużyna, która z czasem kompletnie opadnie z sił i straci swój dotychczasowy rytm. Należy jednak podkreślić, że dla Astorii najbardziej udanym okresem w tym meczu była czwarta kwarta, podczas której prowadziła przez wiele minut. Z kolei gdy do końca pozostały cztery sekundy, rozgrywający Basketu nie trafił trudnego rzutu z dystansu i tym samym wiadomo było, że za chwilę rozpocznie się dogrywka. Pierwsza – jak się okazało.
I w niej znów istotny był James Washington. Basket miał ponowną szansę na zwycięstwo, lecz Amerykanin został sfaulowany przez Martyce’a Kimbrough jeszcze przez wznowieniem gry. Dzięki temu otrzymał jedną okazję z linii rzutów wolnych. Trafił, doprowadził do remisu. Później z półdystansu rzucał jeszcze Konrad Rosiński – co zresztą nie zostało odnotowane w statystykach – lecz jego pomyłka spowodowała kolejne pięć minut gry.

Podczas trzeciej dogrywki „Asta” była już w kryzysowej sytuacji. Brakowało punktów. Kimbrough i Andrzejewski zupełnie nie mogli się wstrzelić. Drugi z wymienionych szczególnie chciał pokazać się z dobrej strony – w końcu to w Poznaniu spędził ostatnie lata. Okazało się jednak, że stolica Wielkopolski ma już nowego młodego bohatera, a jest nim Bartosz Mońko. 19-latek pojawił się na parkiecie późno i w sytuacji, gdy Basket musiał sobie radzić już bez czterech graczy – Stankowskiego, Samsonowicza, Krajewskiego, ale i Stopierzyńskiego, który w ogóle nie zagrał w tym meczu. Mońko z kolei trafił z dystansu, czym powiększył przewagę Basketu do pięciu punktów. Astoria próbowała odpowiedzieć, ale nadal pudłowała. 19 ostatnich sekund to w wykonaniu przyjezdnych cztery zbiórki w ataku i… cztery niecelne trójki. Koniec, Basket wygrał z liderem!

Piotr Janczarczyk