Siedemnastego stycznia miałem być w Sopocie. A gdzieś w okolicach piętnastego zerknąłem na rozpiskę 16. kolejki Orlen Basket Ligi. Na liście – pojedynek Trefla z Zastalem. Właśnie w Sopocie! Tak się te wątki szczęśliwie połączyły, że sobotnie popołudnie spędziłem w Hali 100-lecia Sopotu.
To nie była moja pierwsza obecność w tym obiekcie. Pierwsza jednak podczas meczu ekstraklasy. Wcześniej kojarzyła mi się bardzej z rozgrywkami młodzieżowymi czy nawet pierwszą ligą. I choć Hala 100-lecia Sopotu tak pojemna jak Ergo Arena nie jest, to i to miało w sobotę swoje zalety. Ma swój klimat ten obiekt! Obiekt niewielki, ale przez to wszystko (i wszyscy!) na parkiecie jak na wyciągnięcie ręki. O czym przekonałem się już podczas pierwszej kwarty, gdy jakieś pół metra od mojego laptopa wylądował Andrzej Mazurczak. A myślę, że i kibicom, którzy kupili bilety, nie brakowało wrażeń. Tutaj trybuny są zlokalizowane niezwykle blisko boiska. Łatwo jest pochłonąć się tym, co dzieje się na parkiecie.
Ale ja na mecz przyjechałem! Koniec tego słodzenia! Tym bardziej że Trefl nie zaczął dobrze tego spotkania. Zastal prowadził nawet 16:6. Co ciekawe, sopocianie skutecznie walczyli o kolejne zbiórki w ataku. I choć w pewnym momencie mieli ich nawet więcej (!) niż zbiórek w obronie, to na punkty z ponowienia się to nie przekładało. Na parkiet wszedł za to debiutujący w Zastalu Sagaba Konate. W jego przypadku trudno wyobrazić sobie lepsze gorsze wejście w mecz. Z nim na parkiecie: -14! Pewnie gdyby nie problemy Krzysztofa Sulimy z faulami, spędziłby na boisku jeszcze mniej minut.

Z kolei Trefl nie potrzebował zbyt wiele czasu, aby doprowadzić do remisu. Na koniec pierwszej kwarty – 22:22. Sopocianie coraz szybciej konstruowali akcje, raz za razem punktując z szybkiego ataku. Choć i oni popełniali błędy. Czasem seriami – jak w drugiej i trzeciej kwarcie.
Ten mecz miał mnóstwo zwrotów akcji. Dla Zastalu istotny był szczególnie przełom pierwszej oraz drugiej połowy. Po zmianie stron zielonogórzanie wyglądali na tyle słabo, że trener Arkadiusz Miłoszewski błyskawicznie sięgnął po time out. Odpowiednie rozwiązania Zastal wdrożył szczególnie do swojej defensywy, zatrzymując sopocian bez punktów nawet przez kilka minut! Wtedy odrobili stratę, a także objęli ponowne prowadzenie.
Czwarta kwarta to już rywalizacja wręcz punkt za punkt. Zazdroszczę sam sobie, że mogłem ją śledzić z bliska. Czy w telewizji wyglądało to równie dobrze? Nie mam pojęcia. Według oficjalnych danych na trybunach zasiadło 1285 osób. A atmosfera – jak podczas play-offów, naprawdę! Gdy do końca zostało pięć sekund, Trefl wygrywał 78:75. Ale przyjezdni mieli jeszcze swoją szansę! Conley Garrison nie zdobył jednak trzech punktów. Jakże potrzebnych wówczas Zastalowi. Trefl górą!

Sopocianie wygrali, choć w tym meczu musieli radzić sobie bez dwóch graczy – Paula Scruggsa i Kenny’ego Goinsa. Dobrze uzupełnili ich jednak inni. Tercet Kacinas & Schenk & Addae-Wusu zdobył łącznie 50 oczek! Kompletnie wstrzelić nie mógł się za to Kasper Suurorg – miał 0/7 z gry. Trefl zrewanżował się Zastalowi, a zarazem odrobił stratę z pierwszego starcia. Świetny mecz, było warto!
Piotr Janczarczyk