Piotr Janczarczyk: Z jakim celem jechał pan na EuroBasket U16 – Dywizji B?
Tomasz Niedbalski, trener reprezentacji Polski U16: Awans. Po towarzyskich meczach z Serbami byłem optymistycznie nastawiony. To były dobre spotkania w naszym wykonaniu, choć „nie wykończyliśmy” tych meczów, bo prowadziliśmy z Serbami przez trzy kwarty. Ich trener bardzo mocno się denerwował. Pewnie miał nastawienie, że wychodzą pograć z zespołem z Dywizji B, a nie rywalizować przez długie okresy jak równy z równym. Z drugiej strony – widać było u nich jakość. Gdy „rzucili się” na nas w czwartej kwarcie, to tylko potwierdzili swoją mistrzowską klasę. Później zdobyli mistrzostwo Europy.
Przed wyjazdem powiedziałem Andrzejowi Kierlewiczowi (koordynatorowi kadr męskich), że nasz cel jest taki, aby wygrać grupę i że jesteśmy w stanie to zrobić. Zakładałem, że zagramy z Portugalią, a Czarnogóra będzie pierwsza w swojej grupie. Później w czwórce „wystarczyło” wygrać jeden z dwóch meczów. Wygraliśmy. Cel został zrealizowany. Przy okazji wygranie całego turnieju jest fajną sprawą, bo biorą w nim udział 22 drużyny, a turniej jest naprawdę ciężki – to 8 meczów w 10 dni.
Jakie są czynniki tego sukcesu? Czego to jest efekt?
Tu wiele rzeczy zagrało. Mieliśmy świetne przygotowania. PZKosz dał teraz taką możliwość, aby zgrupowania zaczynać już od kategorii U14. Pierwsza wielka selekcja zaczyna się od dwóch campów centralnych (U14 – w sumie 32 zawodników). Kończy się to wszystko turniejem I Feel Slovenia Ball U14, który zresztą wygraliśmy w 2023 roku. Mówi się, że Słoweńcy przygotowują się do stworzenia nieoficjalnych Mistrzostwach Europy w tej kategorii wiekowej. To jest takie pierwsze międzynarodowe spotkanie dla dzieci, które zaczynają swoją przygodę z koszykówką.
Potem, w U15 mieliśmy trzy campy zakończone sparingami z Łotyszami, którzy teraz zajęli 6. miejsce, a my dwa razy ich pokonaliśmy. Byliśmy w Portugalii, potem kolejne zgrupowania – tak naprawdę w każdym miesiącu. Ilość przygotowań była duża. Mogliśmy dokładnie przyjrzeć się zawodnikom. Sprawdziliśmy ponad 50. Każdy z nich mógł jakkolwiek zaistnieć. Wydaje mi się, że nie pominęliśmy nikogo.
Kolejna kwestia – sztab szkoleniowy. Fachowcy, którzy byli już w kadrach – Boblewski, Mróz, Łukomski. Zawsze mówię, że ocena motoryka jest taka, że jeśli zawodnicy wygrywają końcówki, to zespół motorycznie jest dobrze przygotowany. Wygraliśmy tak między innymi dwa najważniejsze mecze.
Omijały nas ciężkie kontuzje. Nie mógł zagrać Bartek Janowicz, czyli główny rozgrywający z Poznania, który na pierwszym zgrupowaniu uszkodził staw skokowy. To stało się podczas naszych przygotowań. Wcześniej z kontuzjami zmagali się także zawodnicy Dzików – Piotr Gałązka i Benjamin Obem. Mimo wszystko omijały nas kontuzje. To już robota Zuzy Bestry, fizjoterapeutki. A do tego opieka psycholog sportowej, Michaliny Błaszczyk. Nie była z nami w Macedonii Północnej, ale została włączona do sztabu i miała naprawdę duży wkład w to, że te głowy były odpowiednio nastawione. Na same mistrzowska pojechał Jurek Szambelan. Yoda! (śmiech) Dał nam spokój, fajne porady.
Jaka jest wasza wspólna historia? Ile ona już trwa?
Oj! Od kadry rocznika 1993. Ale wcześniej miałem okazję zagrać przeciwko Jurkowi jako „zawodnik” Bobrów. Po słynnym incydencie z Jeffem Sternem, który pobił się z Mariuszen Bacikiem, zostałem wyznaczony do pierwszej piątki i miałem za zadanie kryć Romka Prawicę. Ależ byłem zestresowany! Zdobyłem przeciwko Jurkowi swoje rekordowe 7 punktów w PLK i przyczyniłem się do zwycięstwa ze Stalową Wolą.
Potem właśnie ta wspomniana kadra, już obaj jako trenerzy. Minęło… z 18 lat? Tym razem to była taka forma podziękowania. Znamy się jak łyse konie, to jest mój przyjaciel.
77-letni!
Tak, mój przyjaciel! Nieraz spaliśmy razem na zgrupowaniach. W Holandii czy w Turcji dawali nam wspólne łóżko małżeńskie i spaliśmy. Jakkolwiek to brzmi – zaznaczaliśmy na łóżku „kreskę”, która była nieprzekraczalna. (śmiech)
Wielu trenerów mogłoby się obawiać, że będzie w sposób natarczywy udzielał porad. Jednak gdy Jurek udziela porad, robi to w sposób klasowy. Taka jest rola head of delegation oraz mentora, żeby znać swoją rolę i wchodzić w momentach, które są nieinwazyjne, mieć relację ze sztabem. Robił to w sposób wspaniały, to kwestia doświadczenia. Mógł oczywiście zabierać głos podczas odpraw. Powiedziałem mu, że śmiało może przekazywać swoje rady chłopakom. Ja się czułem z tym komfortowo. Jako sztab stworzyliśmy całość.
Przechodzę do konkretnych postaci. Łukasz Łysek, zawodnik WKK.
To jest szerszy temat. Jestem za tym, by zbytnio nie wyróżniać zawodników na tym poziomie. To znaczy: podkreślać bardziej walory zespołowe i umiejętnie przemycać jakieś indywidualne sukcesy. Łukasz zrobił świetną robotę i teraz wokół niego będzie działo się wiele różnych rzeczy. Setki telefonów! Trzeba się wykazać bardzo dużą mądrością i ostrożnością. Każdy opowiada bajki, każdy ma superpropozycje, choć finalna decyzja należy do Łukasza. Zalecałbym… spokój i rozważne rozpatrzenie tych opcji.
Jaki to jest chłopak? Ma czystą głowę, ćwiczy dwa lata. Generalnie, fajne jest to, że on czasami zachowuje się, jakby nie wiedział, gdzie jest. (śmiech) On rósł z każdym meczem. Podczas mistrzostw odbywaliśmy krótkie 45-minutowe treningi, na których było dużo indywidualnej pracy z trenerami asystentami. Dla przykładu – nasz drugi podkoszowy (Fabian Syrzycki) dwa lata temu był piłkarzem w Inowrocławiu. Na dziś są to jednak chłopaki z dużym potencjałem w koszykówce. Muszą jeszcze zrobić następny krok. Muszą wybrać dobrze, nie uleć różnym podpowiedziom.
Ile mierzy Łukasz? 212 centymetrów?
Na dziś – 212. Może mieć w granicach 220, może ciut mniej.
Kogoś jeszcze należy wyróżnić?
Wydaje mi się, że jednym z elementów sukcesu wygrania tego turnieju było to, że absolutnie nie było wśród nas żadnej wiodącej gwiazdy. Uważam, że łatwiej kryć gwiazdę. Pokazaliśmy to wobec Embo – reprezentanta Belgii, który rzucał średnio 20 punktów w każdym meczu. My założyliśmy, że zatrzymamy go na 15. Rzucił 14. On był w szoku, płakał. Dostaliśmy wiele gratulacji, w jaki sposób broniliśmy jego akcje.
Podczas mistrzostw dziesięciu naszych zawodników miało okazję wyjść w pierwszej piątce. Mieszaliśmy składem. Każdy mógł czuć się ważny i każdy mógł zostać bohaterem w najmniej spodziewanym momencie. Zdało to egzamin. Należy się zastanowić, czy nie warto tego stosować częściej.
Jeśli jednak chodzi o wyróżnienia, to na pewno Hubert Świrydowicz. Super w finale wypadł Antek Majcherek. Wtedy też jak profesor zagrał Alan Chojnacki. Szymon Łata trafił dwa kluczowe rzuty wolne. Bardzo mu kibicowałem, żeby w końcu domknął to i wygrał finał. Zwycięstwo w finale powoduje, że wskakujesz na inny poziom. Tego nie da się zrobić na treningu.
Jak skutecznie pracować z tą 16-letnią młodzieżą?
Nie chcę teraz rzucać wielkimi mądrościami. Pracowałem z tą kadrą tak jak w klubie, w WKK Wrocław. To, co zastosowałem, to zaskoczyło. Nie chcę teraz robić z siebie guru. Defensywa – to jest klucz! Wszyscy chwalili nas za defence – to było nienegocjowalne, punkt numer jeden. Do tego team first, żadnych fochów oraz pseudogwiazdorskich zachowań. Ofensywa? Proste założenia, w granicach naszych zasad. To znaczy: jeśli kolega jest wolny, podaj mu piłkę. Jeśli masz możliwość gry jeden na jednego, to graj – najlepiej z dobiegającym obrońcą. Masz otwarty rzut, wykonaj go. Działa to w klubie, jesteśmy w stanie wygrywać i być w czołówce, więc wdrożyłem to również do reprezentacji. Ale czy to sprawdzi się za każdym razem? W Dywizji A z Francją czy Hiszpanią być może już tak pięknie by nie było. Ważny jest styl gry! Ten na mistrzostwach był właściwy – z tego się bardzo cieszę!
Zostanę jeszcze przy kwestii młodzieży. Czy wśród tych młodych chłopaków jest identyczne nastawienie do gry, jak np. kilkanaście lat temu w innym roczniku?
Myślę, że tak, ale trzeba z nimi dużo rozmawiać. Chłopcy wieczorami mieli zabierane telefony. Po to, aby uniknąć tego scrollowania, a pojawił się czas na odpoczynek. To super wyszło! Być może w tę pułapkę wpadła grupa U18, która była przehype’owana. Jest super, aż przychodzi pierwszy kryzys i wszystko sypie się jak domek z kart. My przed tym przestrzegaliśmy. Wygraliśmy pierwszy mecz – cieszmy się, ale wciąż nie zrobiliśmy nic. Wygraliśmy grupę – potańczmy, ale wciąż nie zrobiliśmy nic. W ćwierćfinale pokonaliśmy Czarnogórę, ale… wciąż nie zrobiliśmy nic! Chodziło przecież o awans. Nie mam na myśli tego, aby iść diametralnie w inną stronę, czyli: „jesteśmy nieudacznikami, nie potrafimy grać”. Wystarczyłaby raptem jedna przegrana – na przykład z Czarnogórą – a my wykonalibyśmy tę samą pracę, tylko z innym skutkiem. Never too high, never too low. Róbmy swoje.
Przechodzimy do tematu pod nazwą ICAB. Trener stał się pierwszym Polakiem zakwalifikowanym do tego programu.
To jest prześmieszna historia! Byłem z moimi chłopakami na Mistrzostwach Polski U15. Wcześniej dostałem informację od Wydziału Szkolenia, że zaproponowano, abym wysłał aplikację do tego programu. Co roku PZKosz ma dać kandydaturę, którą rozpatrzy zagraniczny komitet. Jak dotąd, wszystkich Polaków odrzucili. Ja z kolei kończyłem program FECC i myślę: „To już mam za sobą, CV mam dobre… Może to przejdzie?”. Graliśmy z Pyrą Poznań, moi chłopcy pokazali się fantastycznie. Wygrali z zespołem, którego nigdy nie pokonali w ważniejszych rozgrywkach. Dostaliśmy się do finału, sprawdzam maila, a tam wiadomość z potwierdzeniem udziału w programie! W czerwcu zacząłem szkolenie online, to są naprawdę świetne rzeczy. Wszystko kończy się egzaminem. Bardzo się do tego przykładam. Ten program ma na celu pokazanie, jak działają struktury amerykańskiej koszykówki, jak zbudować formułę sukcesu. Polecę do Stanów! I tak chciałem lecieć, w przyszłym roku mam 50. urodziny i chciałem sobie zrobić prezent w postaci wyjazdu na mecz NBA.
I jeszcze jedna kwestia. Trener znalazł się w powołanej przez PZKosz męskiej komisji szkoleniowej, która ma stworzyć program rozwoju koszykówki.
To jest konieczne. Jestem zobligowany do tego, aby podzielić się tym, czego nauczę się podczas programu ICAB. Spokojnie część z tych założeń możemy „przemycić” do naszego systemu. Tam głównym sformułowaniem, które się przewija, jest „budowanie kultury”. My tej kultury nie mamy. Albo wpadamy w nagły zachwyt, albo w ruganie wszystkiego i wszystkich. Na pewno opracuję sprawozdanie z tego programu. Po to też mnie tam zgłoszono.
Kilka miesięcy temu pana drużyna wygrała Mistrzostwa Polski U15. Kolejne złoto. 2025 rok to rok wyjątkowy dla trenera?
Dużo zawdzięczam drużynie z rocznika 2010. Miałem ogromną frajdę z prowadzenia ich. Dzięki nim zrobiłem wielki postęp jako trener, poświęciłem setki godzin, żeby to miało ręce i nogi. Granie zaczęliśmy od międzynarodowego turnieju w Berlinie. Bardzo mi zależało, żeby moi chłopcy wreszcie poczuli smak zwycięstwa. Oni zawsze byli w czołówce, ale nie jako ci najlepsi. I przełamali to! Potem drugi turniej – Mistrzostwa Polski U15. Wygraliśmy z tą dominującą Pyrą w półfinale. Graliśmy rewelacyjnie, jeszcze bardziej zbudował się mental zwycięzców. Następnie – międzynarodowy turniej Vertical Hoops EuroCup we Wrocławiu. Bardzo mocno obsadzony! I teraz jeszcze EuroBasket U16 – Dywizji B. Cztery razy byłem zlany wodą w szatni. (śmiech) Najbardziej sprawia mi frajdę, gdy te dzieciaki przełamują swoje bariery. Jestem im bardzo wdzięczny.
Co jakiś czas przewija się w tej rozmowie temat WKK Wrocław. Jak ten klub funkcjonuje? Tak z pana perspektywy.
Na dziś – wszyscy są na swoich miejscach. Zostały poczynione takie ruchy, że to zatrybiło. Poprzedni sezon był kosmiczny! Uważam, że tajemnicą tego sukcesu są ludzie. Zrobiliśmy sporo zmian w samej strukturze. Zapadła decyzja, by w składzie pierwszej drużyny było 50% wychowanków, a to odważna decyzja. Powtórzyć 4. miejsce w pierwszej lidze będzie niezwykle ciężko. Wprowadzamy następnych chłopaków. W przygotowaniach biorą udział kolejni młodzi zawodnicy: August Chałupa, Borys Szopa, Rafał Matyga. Mam nadzieję, że zobaczą, jak to jest. W kolejce jest też Szymon Łata. Taki duet z Kubą Galewskim – to by było super! Wkrótce Łukasz Łysek może zmieniać Brada Waldowa. Dajmy trochę czasu. To jest odwaga, która zapada w biurze szefa. Trzymam kciuki za pierwszą drużynę oraz zespół rezerw grający w drugiej lidze.