Mecz świąteczny, ostatni raz Grzegorza Kożana w roli trenera Anwilu, debiut Tylera Wahla, starcie Śląska z Anwilem, powrót do Hali Stulecia – wątków w piątkowy wieczór było zdecydowanie więcej niż jeden. Często jednak im większe oczekiwania, tym słabszy efekt. Na szczęśnie nie tym razem!
Jak bardzo – w obliczu problemów zdrowotnych Mate Vucicia – potrzebny był włocławianom kolejny środkowy, niech świadczy obecność Tylera Wahla już w pierwszej piątce. Amerykanin spisywał się całkiem nieźle. Szczególne wrażenie robiły jego przechwyty, czym dobitnie potwierdzał kibicom Anwilu, że… po prostu chce mu się walczyć!
Przyjezdni świetnie rozpoczęli to spotkanie. Tylko w pierwszej kwarcie trafili aż siedem trójek, co trudno było zatrzymać. A że Śląsk długo nie mógł złapać swojego rytmu, to trener Ainars Bagatskis został bez time outu już na początku drugiej kwarty. Odpowiedzią na Tylera Wahla miał być Ajdin Penava, ale Bośniak na parkiecie wyglądał raczej kiepsko. W końcu Śląsk przeszedł do gry z wykorzystaniem Stefana Djordjevicia. Co ciekawe, 27-latek przez całą pierwszą połowę nie oddał nawet jednego rzutu!
WKS jednak zaczął gonić. Główną bronią – wcześniejsza broń rywali. Trójki! Jedna za drugą! W połączeniu z efektownymi blokami dało to Śląskowi przewagę – i punktową, i na trybunach. W Hali Stulecia zrobiło się gorąco!

Przez resztę tego meczu dowiedzieliśmy się, że Anwil prowadził wyrównaną rywalizację, o ile trafiał z dystansu. Gdy ta skuteczność znacząco spadła, posypała się gra włocławian w ataku. W pierwszej kwarcie – siedem celnych trójek i Anwil na prowadzeniu. W drugiej – trzy trójki i zaledwie jednopunktowe prowadzenie. W trzeciej – już ani jednej i tym samym utrata dotychczasowej przewagi.
Za to w czwartej sam Śląsk kilkukrotnie wyciągał pomocną dłoń do rywali. W pewnym fragmencie wrocławianie ograniczyli się do rzucania za trzy, lecz te czasem nieodpowiednie decyzje przykrywały zbiórki w ataku. Były także błędy, a na 32 sekundy przed końcem włocławianom pozostały zaledwie 4 punkty straty. Zawodnicy Śląska zostali jeszcze przetestowani na linii rzutów wolnych, a dodatkowymi okazjami przypieczętowali świąteczne zwycięstwo – 86:79.
Pamiętacie, gdy w meczu FIBA Europe Cup Anwil przez chwilę musiał rywalizować nawet z sześcioma rywalami na parkiecie? W Hali Stulecia doszło do równie niecodziennej sytuacji. Zawodnicy obu ekip wrócili na parkiet, ale… nie wszyscy! Pięciu w białych strojach, a zaledwie czterech w niebieskich. Sędziowie przerwali grę i zwrócili uwagę włocławianom. Po chwili na boisku był już komplet.

Wśród zwycięzców nie było wyraźnego lidera. Pozytywnie zaskoczył Issuf Sanon, ale sporo radości dał kibicom Śląska także Jakub Urbaniak, którego obecnie można uznać za transfer wyjątkowo skuteczny, choć wcześniej nieoczywisty. Dla Anwilu najwięcej punktów zdobył Elvar Fridriksson (16). Debiutujący we włocławskich barwach Tyler Wahl do 11 oczek dołożył aż pięć (!) przechwytów. Śląsk awansował na fotel lidera!
Piotr Janczarczyk