Mateusz Ponitka i Jordan Loyd – przez cały czas trwania EuroBasketu dało się odczuć, że są liderami naszej kadry. Gdy zerkniemy do statystyk, tylko utwierdzimy się w tym przekonaniu. Tak naprawdę skuteczne ograniczenie ich popisów w ataku znacząco zwiększało szanse na wygraną każdego z rywali. Dla przykładu – wspomniany duet zdobył w turnieju więcej punktów niż wszyscy pozostali kadrowicze razem wzięci! Przepaść.
Trudno teraz wyobrazić sobie występy Kosz Kadry bez Mateusza Ponitki. Często mówi się, że z danym zawodnikiem na parkiecie, jego koledzy grają lepiej. W tym przypadku myślę, że to nie tylko kwestia umiejętności. Szczerze mówiąc, gdybym to ja miał wybiec na parkiet jako jego kolega z drużyny, to bałbym się cokolwiek spartolić. Albo inaczej – nie wykazać zaangażowania. Mateusz Ponitka to człowiek, który naturalnie pcha wszystkich innych reprezentantów Polski do przodu. Jego pochłonięcie grą i chęć zwycięstwa jest na nieprawdopodobnym poziomie. Zrobi wszystko, by wygrać. Podczas turnieju znacząco pomagał mu Jordan Loyd. Gdy piłka trafiała do jego rąk, kibice mogli odetchnąć. 32-latek robił coś z niczego. Coś, czego nasza kadra potrzebowała. Niestraszna mu była nawet presja czasu, gdy do końca akcji pozostawało ledwie kilka sekund. Na jego grę patrzyło się z przyjemnością. Kluczowy duet Kosz Kadry podczas tegorocznego EuroBasketu.
Nie mogę przestać zachwycać się grą Michała Sokołowskiego, a przynajmniej tego, co prezentował w obronie. Tych najlepszych obrońców zawsze jakoś trudno wskazać, ale u „Sokoła” to chyba szczególna umiejętność. Nie trzeba być wielkim koszykarskim świrem, żeby rozpływać się nad tym, jak raz za razem – twardo na nogach – zatrzymywał przeciwników. Wejście w kontakt, przyjęcie ciężaru na klatkę piersiową, stabilna pozycja. Poezja. Dawał też sporego kopa, gdy Polacy mieli ruszać do kontry. Chętnie się w nie angażował. Szkoda tylko, że turniejowa skuteczność zza łuku wyniosła raptem 23%.
Będzie też trochę o PLK. Bo to właśnie Andrzej Pluta pozwolił mi uwierzyć, że na lokalnym podwórku też mamy swoje gwiazdy. Nietrudno mi wyobrazić sobie scenariusz, według którego kibice w innych miastach niż Warszawa, będą kupowali bilety na mecze z udziałem Legii, żeby zobaczyć w akcji tego rozgrywającego. Jest całkiem dynamiczny w swoich ruchach, a rzuty z dystansu pewnie na zawsze pozostaną jego cechą charakterystyczną. Nie mamy się czego wstydzić. W najbliższym sezonie Andrzej Pluta powinien być jedną z twarzy Orlen Basket Ligi.
Podkoszowi – Aleksander Balcerowski i Dominik Olejniczak, choć po tym turnieju wiele osób powiedziałoby bardziej: Dominik Olejniczak i Aleksander Balcerowski. Co ciekawe, w liczbach tej dysproporcji nie ma. Ba, to właśnie Balcerowski miał 73% skuteczności w rzutach za 2! Pod tym względem, statystycznie – najlepszy gracz Kosz Kadry, nie licząc Olka Dziewy z jedną próbą i jednym trafieniem.
Ale z Olkiem Balcerowskim było różnie podczas tegorocznego EuroBasketu. Nie trafił żadnej z ośmiu trójek, choć przed turniejem rozciągał grę, grożąc właśnie rzutem z dystansu. Do tego często faulował. Kłopot miał także z rzutami wolnymi. Z kolei Olejniczak wykorzystał aż 77% takich okazji, co dla środkowego jest bardzo dobrym wynikiem.
Kamil Łączyński zagrał chyba ponad własne oczekiwania. Mówiono, że pogodził się ze swoją (mniejszą) rolą. Okazało się, że wprowadzał do gry sporo spokoju i opanowania. Ja będę wspominał jego obecność na tym turnieju z sentymentem. On niewątpliwie także.
Nieregularne były występy Przemysława Żołnierewicza. Po meczu ze Słowenią, gdy zagrał na 100% skuteczności z gry i znacząco uprzykrzał życie Luce Donciciowi, wydawało się, że będzie naprawdę istotną postacią w polskiej rotacji. Z tym było różnie. Z Francją, Belgią i Turcją – nie oddał nawet rzutu. Ale tych defensywnych popisów przeciwko Donciciowi nie zapomnę długo!
Spory rollercoaster zaliczył Tomasz Gielo. Moim zdaniem, był największą pozytywną niespodzianką przedturniejowych sparingów. Skutecznie „wykorzystywał” niezdolność do gry Sochana i Milicicia Jr, a swoimi trójkami kąsał raz za razem. Ale… tylko przed EuroBasketem. Chciałbym poznać jego szczerą perspektywę na to, co działo się w Katowicach i Rydze. Jego minuty systematycznie spadały: 16 ze Słowenią, 13 z Izraelem, 9 z Islandią, 8 z Francją i 4 z Belgią. Przeciwko Bośniakom oraz Turkom nawet nie zagrał.
Jakkolwiek podobna była sytuacja Michała Michalaka. Zresztą, jego przyjaciela. Można było przypuszczać, że ewentualna dobra dyspozycja Jordana Loyda wpłynie niekorzystnie na przydatność gracza Anwilu, ale… nie aż tak! 27 sierpnia powiedziałbym, że w końcu nadejdzie jakiś mecz, gdy Michalak odda i z 10 rzutów. Stanęło na tym, że 10 oddał w całym turnieju. Pytanie – co dalej? Raz jeszcze zostanie wkomponowany do kadry? Jaka będzie hierarchia, gdy na zgrupowaniu pojawi się nie Loyd, a Harding?
Aleksander Dziewa – bohater meczu ćwierćfinałowego, choć po zakończeniu spotkania przyznał, że nie ma wielkich powodów do dumy, skoro Polska tego starcia nie wygrała. Często powtarzam, że dużą sztuką jest wyjść na parkiet i po długim okresie stagnacji i „nicości” nagle wstrzelić się w zdobywanie punktów. A tak było z Dziewą. Rzuty ze spotkania ćwierćfinałowego były dla niego jedynymi podczas tego turnieju! Mimo tego momentalnie złapał kapitalny rytm, a nawet te próby, które ostatecznie nie znalazły drogi do kosza, nie były jakimiś zupełnie przestrzelonymi air ballami.
Szymon Zapała grał tyle, co nic. Mogę jedynie po czasie powiedzieć, że ten jego króciutki występ przeciwko Islandczykom, faktycznie widziałem z trybun. Zagrał zbyt krótko, by jakkolwiek go scharakteryzować czy ocenić. Na EuroBasket pojechał pewnie nie po raz ostatni. Na kolejnym będzie już w większej roli.
W Katowicach i Rydze był też trener Igor Milicić, o którym również należy wspomnieć. 49-latek ma powody do radości. Ze swojej perspektywy przypuszczam, że jego pomysły się sprawdziły. Trochę ryzykował, ale to dlatego, że w niektórych starciach trzeba było sięgać po niestandardowe rozwiązania. Brawa należą się także reszcie sztabu szkoleniowego. Bo mimo że rotacja została ograniczona niejako do ośmiu graczy, to każdy z nich zdołał wystąpić we wszystkich spotkaniach. Liderzy byli eksploatowani, ale wytrwali. Udało się. Oni – bez kontuzji. My – z wypiekami na twarzy. Panowie, dzięki za dobry basket.
Piotr Janczarczyk