Piotr Blechacz o pracy poza granicami Polski: „Inny świat. Jeszcze lepszy” [WYWIAD]

Piotr Janczarczyk: Jak wygląda twój standardowy tydzień jako asystent trenera?

Piotr Blechacz, asystent trenera w zespole Rostock Seawolves: Mamy swój schemat pracy. Trenujemy raz dziennie. To łączona jednostka, gdy zawodnicy przychodzą wcześniej, mają zajęcia indywidualne, w zależności od tego, czego potrzebują. Potem z reguły przechodzimy do nagrań wideo. Przechodzimy do treningu właściwego, a jeśli ktoś ma jeszcze potrzeby indywidualne, to do dyspozycji są wszyscy członkowie sztabu. Do tego dokłada się analizę naszej gry i przygotowanie się pod kolejnego przeciwnika. Przez większość sezonu graliśmy dwa razy w tygodniu i tej pracy było sporo. Teraz jest troszeczkę luźniej, ale od kwietnia znów mamy napięty terminarz w lidze niemieckiej.

A dla ciebie – jako człowieka – to odpowiedni tryb pracy, mając jeden trening dziennie?

To oczywiste. Swój ośrodek treningowy mamy poza miastem, więc każdy potrzebuje około 20 minut na dojazd i powrót. Trenując dwa razy dziennie, wzrósłby także czas spędzony w samochodzie. Dla zawodników byłaby to: dodatkowa rozgrzewka, dodatkowe przygotowanie do treningu, dodatkowy prysznic, dodatkowe szanse na złapanie infekcji. To korzystne zarówno pod względem oszczędności czasu, jakości treningu, koncentracji, jak i tego, że wszystkim łatwiej zorganizować swoje życie prywatne. Jeśli warunki na to pozwalają, to jest to lepszy system.

On został wdrożony przez was czy obowiązywał jeszcze przed waszym dołączeniem do klubu?

To decyzja głównego trenera. Z tego, co wiem, zdarzało się, że już wcześniej tak trenowano, ale zdarzało się też, że były dwie jednostki treningowe. To też narzędzie trenera, aby wstrząsnąć zespołem, ale my z tego korzystamy bardzo rzadko.

fot. FIBA Europe Cup

Mówiłeś o napiętym terminarzu. Wy już zakończyliście udział w FIBA Europe Cup. Czy dla ciebie to oznacza zmniejszenie obowiązków?

Tak, zdecydowanie. Przygotowanie dwóch skautingów a jednego, to kilkanaście godzin różnicy spędzonych przed ekranem komputera.

A poczułeś w tym wszystkim już rutynę?

Czasami treningi są rutyną, natomiast przygotowanie do meczu zawsze wiąże się z oglądaniem najnowszego materiału. Ten nasz rynek europejski jest taki, że składy zmieniają się non stop. Niestety, zmieniają się także trenerzy. Każda analiza – nawet, jeśli gra się z tym samym przeciwnikiem – wnosi coś nowego. Lubię tę pracę. Pozwala mi to uniknąć zapadnięcia się w rutynie.

Jesteś człowiekiem, którego koszykówka wciąż pasjonuje i cieszy czy to już wyłącznie praca?

Zdecydowanie koszykówka mnie pasjonuje i cieszy! Gdyby to była tylko praca, to byłby znak, aby rozejrzeć się za czymś nowym.

A gdyby szukać wspólnych cech dla Rostock Seawolves i któregoś z polskich klubów, to wskazałbyś…

W tym sezonie porównałbym nas do Dzików Warszawa. Czyli: młoda organizacja, która cały czas pnie się do góry, ma play-offowe ambicje i gra na dwóch frontach – również w europejskich pucharach.

W takim razie, gdzie wasza drużyna miałaby przewagę nad polskimi ekipami?

Nie zwracałbym uwagi na kwestie taktyczne. Przewagą takiego zespołu jak nasz jest granie na co dzień na większej intensywności. To charakterystyczne dla klubów Bundesligi. Nie ma może wielkich pieniędzy jak np. w lidze tureckiej, francuskiej, włoskiej czy greckiej, natomiast jakość i pracowitość graczy rodzimych wyróżnia tę ligę.

fot. FIBA Europe Cup

Czy to dla ciebie wyróżnienie, pracując poza granicami Polski?

Jak najbardziej! Czasami łapię się na tym. Pamiętam taki moment – druga kolejka tego sezonu. Gramy w Ulm. Niby zwykły kolejny mecz ligowy, ale myślę: „kurczę, trzy miesiące temu oglądałem, jak ta drużyna grała w finale ligi z Bayernem Monachium”. Dwóch ludzi poszło w pierwszej rundzie draftu NBA. W hali – komplet, świetna atmosfera. I myślę: „fajne miejsce, super tu być!”.

Było parę takich momentów. Pierwszy sparing w zeszłym sezonie. Przyjechał do nas zespół z niższej klasy rozgrywkowej. Zaskoczył nas stylem gry. Superintensywny, z presją, bardzo agresywny. Z uproszczoną grą, niewielką ilością talentu, ale bardzo niewygodną dla przeciwnika. To był dla nas pierwszy sygnał, że trzeba się przyzwyczaić do czegoś innego. Z Przemkiem (Frasunkiewiczem – przyp. red.) oglądaliśmy dużo meczów Bundesligi, aby dobrze wypaść w pierwszym sezonie, a na żywo było to już coś innego.

Kolejny taki moment to mecz z Bayernem Monachium u siebie. Przyszedłem do hali dobre dwie godziny wcześniej. Wchodzę na parkiet i widzę czterech graczy Bayernu – Carsen Edwards (były gracz NBA), reprezentanci Niemiec… Wszyscy pracują indywidualnie z asystentami. Każdy ze swoim. To intensywny work out. Po czym za dwie godziny wychodzą w pierwszej piątce, grają na pełnej intensywności, a za dwa dni mają kolejny mecz w Eurolidze. To fajne zderzenie. Inny świat. Jeszcze lepszy.

W tym roku pojawiłeś się w Sosnowcu w ramach konferencji „Europejskie spojrzenie”. Co wyniosłeś z tego wydarzenia?

Przede wszystkim – spotykasz wiele osób. Trudno po tylu latach doświadczeń dowiedzieć się czegoś kompletnie nowego, natomiast ważne jest to, aby z każdego wykładu wyciągnąć dla siebie parę detali. Oczywiście, opowieść generalnego menedżera Varese o podejściu analitycznym do budowania składu nie jest tak łatwa do przełożenia na moją pracę. Zajmuję inne stanowisko. To byłby wykład bardziej dla dyrektora sportowego naszego klubu.

Bardziej pod kątem trenerskim był przeprowadzony wykład Bogdana Karaicicia. Zestawiasz tego typu rzeczy z tym, jak pracujesz. W niektórych rzeczach możesz się upewnić, że robisz podobnie. To, co robisz inaczej – analizujesz. Kiedyś trener Roman Tymański mi powiedział: „wyciągnij z każdego wykładu jedną małą rzecz dla siebie i to już będzie dużo”.

Ostatnio dotarła do nas informacja, że trener Przemysław Frasunkiewicz przedłużył kontrakt z niemieckim klubem do 2028 roku. A jak jest w twoim przypadku?

*Jesteśmy jeszcze w trakcie rozmów, ale mam nadzieję, że też tak się to zakończy.

  • – 10 kwietnia klub ogłosił, że trener Piotr Blechacz również przedłużył kontrakt z Rostock Seawolves do 2028 roku.

Ile już trwa wasza wspólna historia?

Dziesięć lat? Pierwszy rok to sezon w Arce Gdynia, gdy trenerem był Tane Spasev, a Przemek był zawodnikiem. Drugi rok naszej wspólnej pracy to jego debiut jako trenera. Od tego momentu pracujemy razem. Robię wszystko, żebyśmy osiągali jak najlepsze wyniki. Przez niecałe pół sezonu pracowaliśmy oddzielnie, gdy trener Frasunkiewicz odszedł do Anwilu, a ja jeszcze zostałem w Gdyni i dołączyłem do niego po wakacjach.

Czy wy – poza koszykarskim światem – przyjaźnicie się? Spędzacie razem wolny czas?

Myślę, że można tak powiedzieć. Spędzamy bardzo dużo czasu razem w hali, więc poza nią nie jest tego czasu wiele. Trzeba zachować w tym balans. Bardzo dużo zawdzięczam Przemkowi.

fot. Andrzej Romański / plk.pl

Jakie są realia kontraktowe, pracując w Niemczech? Łukasz Kolenda przyznał, że w Polsce zarobiłby więcej.

Ciężko odpowiedzieć mi na to pytanie. Liga niemiecka jest bardzo zróżnicowana. Na kompletnie innym biegunie jest Bayern Monachium, który płaci nieporównywalne pieniądze do każdego polskiego klubu. Budżety są jawne. Polska czołówka byłaby mniej więcej w okolicach budżetu 5-8 w Bundeslidze. Jeśli chodzi o kontrakty trenerów, nie mam tak dokładnej wiedzy, aby to porównać.

Czy obecność Rostock Seawolves w czołowej ósemce w tabeli to już byłby sukces?

Myślę, że to byłby bardzo duży sukces. To byłyby pierwsze play-offy w historii klubu. Byłoby to osiągnięcie czegoś w lidze, pomimo dość długiego grania w europejskich pucharach. Ten sezon pokazuje, że jeżeli nie jesteś zespołem z finansowej czołówki Bundesligi, to może być różnie. Braunschweig, Heidelberg, Hamburg – z tymi zespołami mierzyły się polskie drużyny. Wszystkie te drużyny walczą o utrzymanie. Nam na razie udaje się kręcić w okolicach fazy play-off.

Czy ta obecność w play-offach ma również znaczenie dla kibiców? Czy to zupełnie inny rodzaj fana?

Myślę, że mamy dobrą frekwencję i jest to stała frekwencja, ale jest jeszcze niewielkie pole do poprawy. Dobre wyniki drużyny na pewno byłby jakimś impulsem, aby jeszcze więcej osób pojawiło się na trybunach.

W wielu miejscach w Niemczech mamy sold outy co kolejkę. W Rostocku – przy pojemności hali na poziomie ok. 5 tysięcy – średnia widzów to 4000 – 4100. Jeszcze troszeczkę wolnych miejsc mamy, więc swoją dobrą grą możemy zachęcić kibiców do przyjścia.

Jakie są koszykarskie marzenia trenera Piotra Blechacza?

Stopniowo buduję swoją karierę. Wiele lat pracuję z trenerem Frasunkiewiczem. Kolejne sezony odbieram jako wyzwania. Zaczynając od czasów gdyńskich, pierwszym wyzwaniem była budowa drużyny wyłącznie z Polaków. Potem przyszedł czas z latami w EuroCupie. Później lata we Włocławku, duża presja na wynik. Trzeba było odnaleźć się w środowisku, pomimo niezbyt kolorowej sytuacji finansowej klubu. Łączenie rozgrywek europejskich z walką o medale. Teraz wyjazd do ligi zagranicznej, kolejne doświadczenia. Organizacja Rostocku zapowiada, że dalej chce się rozwijać. Ja to odbieram jako kolejną szansę na rozwój. A co dalej? Tak, mam w głowie przejście w przyszłości na pozycję head coacha. To jest biznes. Zobaczymy, co czas przyniesie. Wierzę, że będąc cierpliwym i konsekwentnie pracując, swoją szansę dostanę.

TRENING DLA KLAS 1-3

Turnieje Koszykówki 3x3 #koszewewro