Śląsk wyglądał dziś jak drużyna, która jest tak przeczołgana dotychczasowymi doświadczeniami, że nie ma już siły na więcej. I to pewnie nie tylko moje wrażenie. To nie wyglądało dobrze. Zresztą, morale też były zgoła różne. Po jednej stronie – koszykarze Śląska, którzy niedawno wrócili ze Szczecina, gdzie przegrali dość znacząco i jeszcze wydłużyli swoją drogę ku fazie play-off. Po drugiej – torunianie, którzy też ją wydłużyli, ale zrobili to z uśmiechem na ustach, pokonując warszawskie Dziki.
Wspomniane morale dało się odczuć już na początku poniedziałkowego spotkania. Te przekładały się na rosnącą przewagę torunian. W połowie drugiej kwarty wynosiła 11 oczek, ale po 20 minutach – tylko 3, co stanowiło chyba najmniejszy wymiar kary.
Najlepszy okres wrocławianie zaliczyli niedługo po zmianie stron. To właśnie wtedy objęli prowadzenie i dali nadzieję swoim kibicom, że jeszcze w tym tygodniu będą mieli okazję oglądać ich w play-offowym starciu z Anwilem Włocławek. Drugi taki okres nadszedł w samej końcówce meczu. Tym razem nadzieja była już złudna, co potwierdziła choćby ostatnia akcja. Jeśli ktoś w końcówce liczył, że zobaczy jeszcze kolejne kozły w wykonaniu Jeremy’ego Senglina, to wyszedł z Orbity spełniony. Zabrakło jedynie tych czterech punktów, których potrzebował Śląsk.
Wygrały Twarde Pierniki. Zespół, w przypadku którego hasło „team spirit” najwyraźniej nie jest wyświechtanym sloganem. Na czele z Michaelem Ertelem oraz Viktorem Gaddeforsem. „Team spirit” dało się odczuć między innymi wtedy, gdy Szwed został zaproszony do udzielenia telewizji pomeczowej wypowiedzi, a jego koledzy z drużyny… nie świętowali, nie celebrowali swojego sukcesu. Czekali cierpliwie na środku boiska, aż Gaddefors zakończy rozmowę, bo na współtwórcę sukcesu warto było czekać.
Śląsk? To już dłuższy temat. Z ciekawostek – na parkiecie, spośród gotowych do gry zawodników WKS-u, nie pojawili się tylko Oskar Hlebowicki oraz Jakub Nizioł. Wydawało się, że oddany przez reprezentanta Polski jeden rzut w ostatnim meczu to wynik co najmniej zaskakujący, a jego rola – ograniczona do minimum. Jak się okazało, można było iść o krok dalej. Niziołowi pozostało wspieranie kolegów z perspektywy ławki rezerwowych.
1257 osób zobaczyło z trybun wrocławskiej Orbity ostatni mecz Śląska w sezonie 2024/2025. Kolejna okazja – dopiero jesienią.