Piotr Janczarczyk: Rozmawiałeś już z Conley’em Garrisonem?
Filip Matczak, koszykarz ORLEN Zastalu Zielona Góra: Przytuliłem go. Muszę mu się jakoś odwdzięczyć. Wyciągnął mnie z małego piekiełka.
Na trybunach 5000 osób, a ty miałeś to szczęście, oglądając wszystko z bliska.
Z mojej perspektywy – to było niesamowite! Ta piłka wpadła tak czysto… Piękniej nie może być. Czerpiemy z tego, że Conley trafił rzut i wyciągnął nam ten mecz. Teraz wszystko jest otwarte, jedziemy na siódmy mecz.
Jak miała wyglądać ta ostatnia akcja?
Conley nie miał rzucać z tak dużej odległości. Legia była dobrze przygotowana. „CJ” zrobił jeden dodatkowy kozioł, wyszedł do rzutu i trafił w sposób niesamowity.
Czuliście, że macie mecz pod kontrolą? Prowadziliście przez większość spotkania.
W tej serii ciężko kontrolować spotkania. Dla nas Legia jest bardzo mocnym zespołem. Nawet jeśli mamy 14-punktową przewagę, to nie może być spokojni. Mogą trafić jeden, drugi, trzeci rzut, co sprawi, że zejdą na -5, a wtedy są już na wyciągnięcie ręki.
Tak było przecież podczas drugiej kwarty. Myślałeś, że powtórzy się sytuacja z Warszawy?
Będąc na boisku, nie można myśleć w ten sposób. Trzeba grać i nie rozpamiętywać tego, co było wcześniej. Tak jak dzisiaj – nie trafiłem dwóch rzutów wolnych, byliśmy w kryzysowej sytuacji, ale… mam teraz usiąść, rozpłakać się i w tej dyspozycji jechać do Warszawy? Próbuję to jak najszybciej odciąć grubą kreską. Jadę do Warszawy, tam drużyna potrzebuje każdego.
Czy wy już teraz czujecie się małymi zwycięzcami?
Apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Piotr Janczarczyk: Przypominasz sobie podobny wybuch emocji?
Jakub Szumert, koszykarz ORLEN Zastalu Zielona Góra: Nie, absolutnie. W takiej hali, przy takiej wadze meczu, taki rzut… On leciał i leciał! Wszyscy wstrzymali oddech. Byłem wtedy pod koszem, nie dowierzałem. Poleciałem w stronę Conley’a, jak wszyscy.
Kogo uznajesz za swojego największego rywala obecnie? Legię, rosnące zmęczenie, a może stres?
Myślę, że fizycznie jesteśmy już bardzo zmęczeni. To widać. Trzeba jednak zachować bojowy mental, aby wyjść i dać z siebie 120%. Cały czas robimy coś z pozycji underdoga. To cieszy.
Co zadecyduje o zwycięstwie w siódmy meczu?
Mental. Mental i energia, z którą wejdzie się w ten mecz.

Piotr Janczarczyk: Jakub Szumert powiedział mi, że według niego ta piłka po rzucie Conley’a Garrisona leciała i leciała w stronę kosza. Też tak czułeś?
Andrzej Mazurczak, koszykarz ORLEN Zastalu Zielona Góra: Oj tak. 1,7 sekundy? To trwało jak godzina i siedem minut! (śmiech) To było jak w filmie – slow motion.
Widziałeś, że Conley zbiera się do rzutu. Twoje pierwsze wrażenie to:
Stałem obok. Tak wyglądało, że była nawet szansa na blok! Ale gdy już Conley oddał rzut, to… nie wiedziałem, czy trafi. Ale wiedziałem, że jest szansa, bo piłka leciała w dobrym kierunku.
Jest jakiś podobny koszykarski moment, który przychodzi ci do głowy?
Nie, nie. Oczywiście – są takie mecze w sezonie, które kończą się game winnerem. Sam tak trafiłem. Ale nie na takiej scenie! Rzut o wszystko. Z jednej strony – mogliśmy teraz stać, oglądać złote konfetti, mieć głowy w dół. A my wracamy do Warszawy! Nie doświadczyłem nigdy podobnego rzutu.
Czy ten szósty mecz różnił się czymś od pozostałych?
Musimy wyciągnąć wnioski. Piąty mecz mieliśmy pod kontrolą, a i tak Legia wróciła. Dziś – tak samo. Szacunek dla Legii. Nie są słabi. Walczą i będą walczyć. Seria siedmiomeczowa jest inna. Jest więcej czasu, można złapać rytm. Do tego dochodzi kwestia zmęczenia. Na początku serii Legia pokazywała lepszą koszykówkę.
Jak słyszę – jesteś pełny wiary w to, że z Warszawy możecie wrócić jako mistrzowie Polski.
Czemu nie! Gdybyśmy nie wierzyli w to przez cały rok, to byśmy tu nie dotarli. Wierzymy dalej!

Piotr Janczarczyk: Dobrze słyszę – gardło zdarte?
Krzysztof Sulima, koszykarz ORLEN Zastalu Zielona Góra: Oj tak.
Ten rzut Garrisona widziałeś z perspektywy ławki. Pierwsza myśl, która przychodzi ci do głowy:
Że ktoś na górze pomógł temu rzutowi. A kibice – chuchnęli i wpadło!
Jak miała wyglądać ta akcja?
Trochę inaczej. (śmiech) Nie wyszło, ale Conley zagrał po swojemu. Emocje, łzy, wszystko naraz! Nie chcieliśmy widzieć, jak Legia odbiera złote medale w naszej hali, dlatego jedziemy do Warszawy walczyć o złoto.
Jak ty postrzegasz swoją rolę podczas całej tej serii?
Śmieję się z chłopakami, oni mnie zawsze poprawiają. Marcin Gortat miał w NBA swoją zasłonę, a ja mam w PLK swoją. Suli screen! Każdy w drużynie ma swoją rolę. Ja jestem od czarnej roboty, która czasem jest niewidoczna. Ja mogę rzucać nawet zero punktów, obyśmy tylko wygrywali. Niech chłopaki punktują.