Maksym Papacz wspomina Romana Janika i odpowiada na pytania o graczy Śląska [WYWIAD]

Ten wywiad powstał we wtorek – 20 stycznia 2026 roku. Umówiliśmy się na niego wcześniej, nie był spontaniczny. Chcieliśmy obaj kontynuować to, co przekazaliśmy w pierwszym wywiadzie – tym sprzed dwóch lat. I pewnie usiądziemy do dłuższej rozmowy raz jeszcze, po raz trzeci. Wtedy już w znacznie lepszych humorach.


Piotr Janczarczyk: Roman Janik. Z jakiej perspektywy go znałeś?

Maksym Papacz, player development coach w klubie WKS Śląsk Wrocław: Znałem go z wielu perspektyw. Znamy się już… Inaczej – znaliśmy. Muszę to powiedzieć w tej formie. Długie lata. Poznaliśmy się z trzy lata temu w okresie przygotowawczym na campie GetBetter. Poznałem go najpierw jako sportowca, który nie dawał nam chwili wytchnienia. Chciał trenować o 21:00, chciał trenować o 3:00, chciał trenować o 5:00. Nie żartuję – tak się budził, tak wstawał. Chciał jak najwięcej czasu spędzić na sali. Facet, który zawsze wykonywał tytaniczną pracę. Facet, który był w stanie przyjechać pół Polski, żeby dotrzeć do Wrocławia i spać w aucie, żeby trenować więcej. Taki off season za sobą też mamy. Sportowo? Gladiator, który uwielbiał walczyć, uwielbiał pokonywać swoje ograniczenia i limity.

Widziałem, że prezes Przemysław Szurek użył określenia „wojownik”.

Bezsprzecznie. Wojownik, fighter, gladiator. Człowiek, który nie znał progu bólu i tylko go podnosił. Znałem go też jako osobę, która była ciepła, troskliwa. Był dobrym przyjacielem. Był bardzo czuły na niesprawiedliwości losu, a zarazem był sprawiedliwy. Zawsze w jakichś małych grach oddawał prawdę, jeżeli coś było źle zagwizdane. Nie wygrywał oszustwem za wszelką cenę. Chciał wygrywać prawdziwą pracą. Znam go też jako osobę, która walczyła z bardzo dużymi problemami. Roman był otwarty w swoich cierpieniach. W zeszłym sezonie byłem w tym partnerem dla niego. Próbowaliśmy razem ciągnąć każdy dzień po kolei. Dzisiaj odczuwam ogromny ból, bo sam uważam, że… mogłem zrobić coś więcej, mimo że nie miałem go tu przy sobie. Był dla mnie bardzo ważnym człowiekiem.

Wszyscy teraz wspominają go jako osobę uśmiechniętą, pozytywną, optymistyczną. A to był człowiek, który najwyraźniej sporo przeszedł i było mu niezwykle źle. Trudno mówić o tym wszystkim w czasie przeszłym…

To trochę dalej do mnie nie dochodzi. Ten dzień jest bardzo intensywny. Przed chwilą graliśmy bardzo intensywny mecz…

A świat toczy się dalej, prawda?

Kilka już miałem dzisiaj takich refleksji – widząc ludzi jedzących popcorn, pijących piwo… Ja nie mogłem się zebrać i być tu obecnym przez większą część meczu. Bardzo się cieszę, że nasz zespół stanął na wysokości zadania. Zawodnicy czy członkowie sztabu też go znali. Trener Radek Soja prowadził przecież Romka w Krośnie, gdzie rozegrał swój najlepszy sezon. Roman był tutaj z nami obecny bardzo mocno. Bardzo dużo czasu upłynie, zanim będzie mi z tym łatwiej, zanim zaakceptuję to wszystko. Trzeba to użyć jako lekcję dla innych. Wiem jednak, że Roman dostawał bardzo dużą pomoc, wielu ludzi było zaangażowanych w jego sprawy, a Roman tego wsparcia nie odmawiał. Leczenia, rozmów, psychologów, psychiatrów. A i tak go zgubiliśmy. To jest lekcja, którą trzeba odrobić i znaleźć inną formę współpracy, dbałości o drugiego człowieka.

Ten wiersz, który napisał… On sam mówił, że chciałby, żeby każdy mógł przejść to łatwiej. Mam nadzieję, że to się uda.

fot. Wojciech Cebula / WKS Śląsk Wrocław

Przechodzimy do kwestii bardziej pozytywnych. Pamiętasz naszą rozmowę sprzed dwóch lat?

Ona gdzieś zniknęła.

Usunięto ją chyba. Pamiętam jednak, że była to rozmowa długa, dość głęboka. Taka, która miała fajny feedback. Jakikolwiek feedback! A to już jest jakiś odzew. Czy od tego czasu zmieniła się twoja rola w Śląsku Wrocław?

Tak, ta rozmowa była długa, a feedback był naprawdę spory. Dużo ludzi wracało do mnie z nią po jakimś czasie. Kiedyś dostałem informację, że ten wywiad był podlinkowany pod moją Wikipedię. Ktoś inny powiedział mi, że na podstawie tego wywiadu sam przygotował się do rozmowy. Superrozmowa.

Moja rola zmieniła się tylko w tę stronę, o której zawsze marzyłem. Jako „player development coach” zajmuję się w 90% pracą indywidualną z graczami. W tym sezonie wspomagam też trenera Jacka Winnickiego w skautingu OBL. Ten komputer jest bardziej zżyty z moją ręką niż ręką trenera Winnickiego. Tworzymy tandem. Uwielbiam to robić! Pracuję z młodszymi graczami, ale i z tymi topowymi. Efekty pracy widać nawet na podstawie tego meczu z Arisem. Chłopcy ewoluują. Wśród topowych graczy próbujemy podnieść poziom jakość tych najlepszych elementów, które w sobie mają. Czuję się tu wspaniale. Bardzo się cieszę, że wypracowałem nowe stanowisko w polskiej koszykówce. Obecnie Piotr Pamuła pracuje w Dzikach Warszawa, dużo tego robi Bartosz Diduszko w Twardych Piernikach, a Konrad Kaźmierczyk od lat działa w Stali. Kluby jednak „szukają” tego stanowiska.

Z czego wynika aktualny sukces Śląska? Po wielu zawirowaniach, po braku stabilizacji. Co takiego się stało, że na obecny Śląsk nawet inni kibice patrzą z szacunkiem?

To jest dobre pytanie. Sam łapię się na tym, że widzę, że na Twitterze jacyś ludzie, których nie znam, piszą o nas dobrze.

Słynne „fun to watch„!

Tak, dokładnie. Przede wszystkim chyba bierzemy naukę z lekcji, które dostaliśmy. Raczej nie popełniamy tych samych błędów, a ubiegłoroczne decyzje były pewnie poszukiwaniem złotego środka. Teraz – nie oszukujmy się – trafiliśmy na wspaniałego człowieka, który siedzi za sterami pierwszej drużyny. Chciałbym też pochwalić front office. Mamy zmianę na górnym szczeblu. Cała drużyna współpracuje. I żeby to nie wybrzmiało źle – z prezesem Michałem Lizakiem miałem świetną synergię.

Był dziś na trybunach.

Wiem. Zawsze jest, zawsze wspiera! Teraz z kolei zadania wśród nas zostały trochę inaczej rozdysponowane i uważam, że to fantastycznie działa. Trener Bagatskis jest tego pięknym dopełnieniem. Jest dobrym „ojcem”, ale i takim, który potrafi pogrozić palcem i strzelić komuś „klapsa”. Zawodnikom, trenerom, mi. I nie jest to nacechowane negatywnie. Jest za to dużo zrozumienia i codziennej pracy nad psychiką graczy. Chciałbym zaznaczyć, że to naprawdę ważna osoba w naszej organizacji. Jesteśmy szczęśliwi, że go mamy. Mamy nadzieję, że ta współpraca zaowocuje finalnym sukcesem, bo wiemy, że to jest najważniejsze. Ale to, jak rosną gracze, to, jak korzysta z Polaków… Daje szansę każdemu, kto na nią zasługuje. Mogę to potwierdzić ze swojej perspektywy.

Czy żałujesz, że Śląsk nie ma już drużyny w pierwszej lidze?

Byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że żałuję. W pewnym sensie byłem częścią dyskusji, która zaowocowała tym, że odeszliśmy od pomysu w postaci grania w pierwszej lidze. To nigdy nie jest zerojedynkowe. Sercem – chciałbym, żeby tak było. To były dobre emocje, minuty dla młodych graczy – takich chłopców jak Tymek Sternicki, który mógłby teraz grać więcej w pierwszej lidze. Realnie jednak – to duże wyzwanie finansowe. Drużyna pierwszoligowa była coraz bardziej profesjonalna. Rozbudowaliśmy sztab, rozbudowaliśmy liczbę zawodników, jakość zawodników rosła. Wiemy, że pierwsza liga ewoluowała. Dostrzegamy coraz większe budżety, przepis o dwóch obcokrajowcach. Coraz ciężej się utrzymać, coraz ciężej byłoby grać tylko młodymi. Może to zabrzmi źle, ale… Gdy patrzymy na minuty U23 w pierwszej lidze, to wcale nie przoduje tam drużyna, która na pierwszy rzut oka powinna tam się znaleźć. Mam na myśli WKK Wrocław. Mnie to zdziwiło! Bardzo ciężko zbudować teraz zespół oparty wyłącznie na młodych graczach. W WKK jest takich dwóch z rocznika 2007 – Kuba Galewski i Karol Prochorowicz. Do tego dochodzi jeszcze Bruno Chalicki. Trzeba mieć jednak wielu doświadczonych graczy, którzy będą „trzymali” drużynę. Myślę, że nasza formuła budowania takiego zespołu wymusiłaby jeszcze większe nakłady finansowe, na które chyba nikt nie był gotowy.

fot. Wojciech Cebula / WKS Śląsk Wrocław

W idealnym świecie widziałbym inną strategię. Jeśli WKK nie aspirowałoby do ekstraklasy, widziałbym możliwość udostępniania na przykład jednego gracza Śląska, który grałby tam duże minuty – z pożytkiem dla obu klubów i wszystkich ludzi dookoła. Takie coś byłoby fajne.

To nie będzie tak długie jak dwa lata temu, ale ponownie – pójdźmy w personalia. Aleksander Wiśniewski. Ten, który wtedy był tak krytykowany. Czy zmieniła się twoja optyka na jego grę i rozwój?

Najpiękniejszy temat. Pierwszy, który podjęliśmy, robiąc ewaluację pierwszoligowego projektu. Umówmy się – Aleksander był częścią tego. Tak jak Kuba Piśla czy Mikołaj Adamczak. To było też tematem naszej dyskusji – brak suckesów w postaci wdrożenia gracza, który byłby frontmanem. Jeśli chodzi o Aleksandra Wiśniewskiego, moja optyka niewiele się zmieniła. Jestem bardzo blisko niego. Spędzał ze mną okres letni i wiem, jak ciężko pracował. Wiem, jakie aspekty poprawił, a jakich mu się nie udało poprawić.

Tydzień temu rozmawiałem z Angelem Nunezem. Powiedział: „Wiśnia jest dwa razy silniejszy, mądrzejszy”. Ale nie oszukujmy się – dalej nie jest frontmanem. Nie jest gościem, przed którym każdy bije brawo.

Samo to, że gdy wychodzi na parkiet, to często jako dwójka – obok Gray’a.

No tak, dokładnie. I znów nie ma piłki w ręce. Poszedł do Górnika Wałbrzych, trener Adamek w niego wierzył i próbował zainwestować. W momencie, gdy Aleksander złapał rytm, to skręcił kostkę. Znów ta sama sytuacja. Dwa lata temu też tak było. Kariera sportowca to zespół naczyń połączonych. Jak jedna rzecz się wysypuje, to niektórych rzeczy nie da się nadrobić. Jego pewność siebie i pewność w zespole była wybijana prez urazy. W tym sezonie urazu nie było i Aleksander miewa lepsze i gorsze mecze. Nie jest facetem, który przejął któryś mecz i zagrał niebywale. Ciężko mu się przebić przez ten obwód, w którym na przykład Noah Kirkwood zmonopolizował grę w pewnym momencie. Nie liczyliśmy na to przed sezonem. Miał być trójką, wsparciem na piłce. A gra sezon życia! I miejsca robi się mniej… Nie ma też przepisu o Polaku na boisku. To wszystko wpływa na to, ile on dostaje później realnie czasu. Teraz ten czas powinien być dla niego bardziej wartościowy. Wywalczył przestrzeń w drużynie, a nie „gra, bo musi’. Tych minut nie można przełożyć 1:1.

Nazwisko numer dwa. Jakub Urbaniak. Ten, który zbiera chyba największe gratulacje. Czy z nim też masz okazję współpracować na co dzień?

Tak, zdecydowanie. Jestem z niego dumny. Po którymś meczu w EuroCupie, chyba z Manresą, napisał mi SMS-a jakieś sześć minut po wejściu do szatni: „Maks, jestem gotowy, nie mogę stracić żadnego dnia. Chcę zacząć bardzo ciężko pracować”. Owoce tego widzimy. To, jak się rozwija, widać gołym okiem. Mimo dużych obciążeń, szuka dodatkowych minut, żeby poprawić hak, pracę nóg, rzuty wolne. Jestem zadowolony z tego, że się rozwija. Sky is the limit.

Myślisz, że w jego przypadku to też kwestia charakteru?

Jasne. To kwestia jego mentalu. To jest „zabijaka”, to jest chłopak, który nie odpuszcza. Jak to się mówi w piłce nożnej: „wsadzi głowę tam, gdzie inny nie wsadzi nogi”. To mu pomaga, bo nie kalkuluje. Bierze to, co daje mu parkiet. Niejednokrotnie przeżywa pojedyncze zagrania, ale otrzymuje wsparcie od trenera Jacka Winnickiego, który mocno nad nim pracuje w trakcie meczów.

fot. Andrzej Romański / plk.pl

Jeszcze jedno nazwisko. Ten, który rok temu grał w pierwszej lidze dla Decki Pelplin, a dziś zdobył 17 punktów w EuroCupie przeciwko Arisowi Saloniki. Błażej Czerniewicz.

Trochę fenomen! Jesteśmy zadowoleni z tego, że go mamy. To jest chłopak z ogromnym potencjałem ofensywnym i bardzo dużym potencjałem fizycznym, ale to już będzie do wykucia przez trenera Piotra Nadolnego. Proces transformacji jego ciała będzie musiał nastąpić i to w znaczącym stopniu.

To jest znów kwestia strefy mentalnej. Błażej bierze rzuty, które ma. Czasami nawet ich nie powinien brać, a bierze. Pomaga mu to, że w pierwszej lidze był liderem punktowym w swoich drużynach. Szuka zdobywania punktów, ma parcie na obręcz, potrafi punktować na wiele sposobów. Jest odkryciem. To znów dobry nos naszego front office’u, że postawiono na takiego chłopca. A nie był to wybór oczywisty. Myślę, że sporo osób łapało się za głowę. Wiem nawet, że Błażej dostawał wiadomości, że się zmarnuje, straci czas. Ale jak mówię – mamy trenera, który zobaczył go podczas pre season, spróbował go użyć, udało się, używał go częściej. Teraz mamy efekty tego, że jesteśmy w styczniu, a on wchodzi na parkiet EuroCupu i gra jak równy z równym. Oczywiście – zdarzyły mu się gorsze mecze i to niejednokrotnie, ale to, co dzieje się obecnie, to przepiękna sprawa.

A jak z jego psychiką? Chyba przyznasz, że w poprzednim sezonie było ileś akcji, które można było wycinać na jego niekorzyść.

Tak, zdecydowanie. O tym była moja pierwsza rozmowa z nim. Lubię być w porządku wobec graczy, więc powiedziałem mu, jakie mam niepokoje i zastrzeżenia. Pamiętam nawet, co przeżyliśmy jako Śląsk, rywalizując z nim w Koszalinie. Pamiętam, co krążyło na Twitterze w związku z jego zagraniami. Ta sprawa została bardzo solidnie wyjaśniona między nami, a dodatkowo poznałem perspektywę gracza, która mocno się różni od tego, co ja miałem w głowie. Mamy go na pokładzie, daliśmy mu kredyt zaufania i na chwilę obecną nie mogę powiedzieć na jego temat złego słowa. Nie nadszarpnął zaufania, z czego jestem dumny. Też miałem swoje obawy.

Czy masz nadal kontakt z byłymi graczami Śląska?

Te relacje są na całe życie. Mam stały kontakt z Olkiem Dziewą, Łukaszem Kolendą, zagranicznymi graczami. Nawet Teemu Soukas, który rozegrał kilka spotkań w naszej pierwszoligowej drużynie! Byliśmy też na łączach z Angelem Nunezem. Teraz mamy wspaniałe połączenie z Colemanem-Jonesem, Djordjeviciem, Kirkwoodem. Te relacje są czynne.

Do kolejnej takiej rozmowy usiądziemy szybciej niż za dwa lata.

Kliknij aby zamknąć     

TRENING DLA KLAS 1-3

Turnieje Koszykówki 3x3 #koszewewro