Koszykarskie Saloniki. Jak wspominam wyjazd do Grecji?

Właśnie mijają dokładnie dwa tygodnie, odkąd wsiadłem do samolotu i wróciłem nim do Polski. A konkretnie: do Krakowa – jak zespół WKS-u, o czym będzie okazja jeszcze opowiedzieć. W takim razie, jak wyglądał cały wyjazd?

Dzień zero

Pomysł zrodził się… kilkanaście lat temu. Brzmi to absurdalnie, biorąc pod uwagę zaledwie kilkudniowy europejski wypad, jednak tak właśnie było. Myślę, że część z Was także widziała ten legendarny filmik pokazujący kibiców Arisu Saloniki. Nie tylko na mnie zrobił on wrażenie, bo do dziś materiał został obejrzany ponad 9 milionów razy. Część z nich to moje ponowne odtworzenia. Oglądałem i nie mogłem się napatrzeć. TAKI doping podczas meczu koszykówki? I rzuciłem sam do siebie: „kiedyś doświadczę tego na żywo”.

Dzień pierwszy

Szczerze mówiąc, to nie był pomysł, do którego wracałem rokrocznie, a coś stało na przeszkodzie, aby go zrealizować. Kilka tygodni temu jednak zdałem sobie sprawę, że wszystkie elementy w końcu do siebie pasują. To znaczy:
– Aris jest w grupie EuroCupu z polską drużyną;
– mecz jest niebawem i nie wymaga odległego planowania;
– termin wyjazdu nie pokrywa się z innymi moimi obowiązkami. Idealnie!

Jak to wyglądało od strony logistycznej? Jedynym utrudnieniem okazało się zamknięte lotnisko we Wrocławiu i trzeba było rozejrzeć się za innymi możliwościami. Mecz był w środę (5 listopada), a ja nie chciałem, aby wylot do Grecji ograniczał się do samego meczu i jednej nocy w Salonikach.

Na szczęście terminy lotów były całkiem dogodne. Wyleciałem w poniedziałkowe popołudnie (3 listopada) z Poznania. Zresztą, na lotnisku minąłem się z koszykarkami VBW Gdynia, które z kolei leciały do Francji na mecz w ramach kobiecej Euroligi. Ja z kolei chciałem dolecieć do Salonik i tak też się stało. Wysiadka, autobus do centrum, zameldowanie w hotelu. Na miejscu jest jednak godzina do przodu względem czasu polskiego, więc z popołudniowego wylotu z Poznania zrobił się wieczór w Salonikach. Zdążyłem raptem zrobić zakupy w markecie. Trochę dzień na straty, ale cóż zróbić.

Dzień drugi

Gdy już jestem poza Polską, mam w zwyczaju szukać jakiegoś pobliskiego miasta czy miasteczka, w którym doświadczę czegoś ciekawego. Trochę jest tych miejsc na świecie, więc jak na razie nie planuję lecieć drugi raz w tym samym kierunku. Co zobaczę w danej okolicy, musi mi wystarczyć do końca życia. Przy okazji pobytu w Salonikach, padło na niewielką Edesę liczącą kilkanaście tysięcy mieszkańców.

Byłem nieco zaskoczony, bo przy takich jednodniowych podróżach najczęściej wybieram pociąg. Dworzec kolejowy w Salonikach jednak nie oferował zbyt wielkiej siatki połączeń. Znacznie lepiej działa tam dworzec autobusowy. Wystarczyły około dwie godziny, aby dotrzeć na miejsce.

Co w ogóle oferuje Edesa? To miasto, które jest znane przede wszystkim ze swoich wodospadów. Coś pięknego! Pasuje tutaj sformułowanie „nie do opisania”, ale to zwłaszcza dlatego, że filmiki filmikami, zdjęcia zdjęciami, a ja po prostu sugeruję, aby doświadczyć tego na własnej skórze. Dobry kierunek na kilkugodzinny spacer.

Ten chwilowy pobyt w Edesie potwierdził mi także dwie kwestie. Po pierwsze – dobrze jest się wybrać na „wakacje” w trakcie niekoniecznie wakacyjnego okresu. Wodospady w Edesie nie są jakąś tajemną wiedzą, a ludzi minąłem zaledwie garstkę. Pusto. Cisza i spokój. „Da się odpocząć” to mało powiedziane. Po drugie – ten rejon Grecji najwyraźniej nie jest aż tak nastawiony na turystów. A może tylko w tym okresie? Tak czy inaczej, z Edesy nie udało mi się wrócić z jakąś pamiątką, która nie pochodziłaby z mojej galerii zdjęć w telefonie. Jedyny sklep z gadżetami, który był zlokalizowany w okolicy, zamknięto porządną kłódką. Pod tym względem w Salonikach było podobnie.

Dzień trzeci

Doba składa się z 24 godzin, a ja miałem przed sobą wyzwanie, aby w tym czasie zmieścić wszystkie lokalne atrakcje, a do tego jeszcze dwukrotnie odwiedzić halę, w której gra Aris. Chyba się udało. Heptapyrgion, Bazylika św. Dymitra, Łuk Galeriusza, Biała wieża, Rotunda, Muzeum Kultury Bizantyjskiej, Forum, Kapani Market, Hagia Sophia – widziałem wszystko i jeszcze więcej, jednak o tych miejscach zdecydowanie ciekawiej opowie Wam ktoś inny. Ja opowiem o koszykówce.

Pierwszy raz do hali Alexandreion Melathron trafiłem o godzinie 12:00. W Salonikach nie było zbyt słonecznie, więc gdy na żywo zobaczyłem obiekt zbudowany w 1966 roku, to na mojej twarzy nie pojawiło się wielkie „wow”. Tym bardziej że szczególnie specyficzne jest dojście do hali. Owszem, oceniam to ze swojej perspektywy i może popełniam właśnie swego rodzaju faux pas, ale czułem się, jakbym szukał jednego hangaru pośród innych, był na terenie jakiejś stoczni czy portu. Dziwna sprawa. Mijasz szlaban, widzisz hangary, a Google Maps pewnie prowadzi cię w danym kierunku i podpowiada, że za dwie minuty będziesz na miejscu.

A dlaczego byłem tam o 12:00? Bo właśnie wtedy rozpoczynał się ostatni trening Śląska przed meczem w Salonikach. Moim celem była rozmowa z kierownikiem drużyny, a jej efekt widzicie tutaj. Śmiało mogę powiedzieć, że ten wywiad składa się z wypowiedzi, dzięki którym dowiecie się czegoś nowego.

Pierwsza obecność w tej hali to także pierwsze wrażenia. Specyficzne na pewno jest samo ułożenie trybun. Za jedną i drugą linią boczną są standardowe miejsca. Jeśli mowa zaś o przestrzeni za koszami – za jednym jest sektor dla klubu kibica, a za drugim… boisko treningowe!

Skończyliśmy rozmawiać, a ja udałem się do sklepu kibica, który jest zlokalizowany właśnie na terenie Alexandreion Melathron. Była godzina 13:00, sklepik już działał. Zaskoczyło mnie jednak coś innego – oferta. W internecie – wszystko, w każdym rozmiarze, do wyboru, do koloru. Ogromna różnorodność! Sklepik stacjonarny to inna para kaloszy. Co prawda jakiś wybór jest, ale trudno o pełną rozmiarówkę. Z kolei meczówki nie są personalizowane. Fajnie to wygląda, choć jest delikatne zderzenie z ofertą internetową. A, i obsługa! Bardzo gościnna.

Alexandreion Melathron to także bar / kawiarnia / restauracja w połączeniu z klubowym muzeum. Wszedłem, pozwolono mi robić zdjęcia, a pamiątki skutecznie podkreślały liczne osiągnięcia Arisu, jednak… na ten punkt programu nie musicie przeznaczać zbyt wiele czasu.

Do hali w Salonikach wróciłem około godzinę przed meczem. Ludzi wokół obiektu już wyraźnie więcej. Moją uwagę zwróciło stoisko gastronomiczne. W polskich halach jada się raczej wewnątrz. Na stadionach – owszem, również poza obiektem. I tak też było przy okazji meczu Aris – Śląsk. Jeden pan przygotowywał suwlaki, czyli greckie szaszłyki. Niepowtarzalne, prawda?

Proces odbioru akredytacji potwierdził mi z kolei – ludzie życzliwi, pomocni, ale organizacyjnie jest czasami trudno. Idziesz do jednego punktu, to kierują cię do innego. Ale w końcu trafiłem! Miejsce dla dziennikarzy jest wydzielone jako część trybun. Czyli: jeden do jeden jak na tegorocznym EuroBaskecie w Spodku, a trochę jak w 3mk Arenie Ostrów. Na szczęście nie za koszami. Ta bliskość parkietu i koszykarzy to niezwykłe wrażenie tylko za pierwszym razem. Gdy tylko mogę, wybieram miejsce na trybunach. Widać o niebo więcej. Pod tym względem w Salonikach było naprawdę super.

Dla dziennikarzy jest osobne wejście na sektor, a nawet osobna łazienka. Żałowałbym jednak, gdybym cały mecz przesiedział na swoim miejscu. Więc zacząłem wędrować. W ten sposób przeszedłem cały obiekt, wszystkie możliwe sektory. Ci zagorzali kibice widoczni na filmikach są fanatyczni, ale nie agresywni. Gdy trafiłem aż do ich sektora, nie czułem się niebezpiecznie. Tak samo na korytarzu, który licznie wypełnili podczas przerwy. Nie mieli w sobie żadnego bojowego nastawienia wobec kogoś teoretycznie spoza ich społeczności. Jest ich wielu, dopingują jak tylko mogą, ale nie wiąże się to z chuligańskimi działaniami.

Przed rozpoczęciem meczu miałem okazję rozmawiać z jednym z kibiców Arisu. To on pomógł mi zrozumieć, co tam się tak naprawdę dzieje. Na mecze chodzi od lat, jest karnetowiczem – jak około 3000 (!) innych osób w Salonikach. Początek tego sezonu był dla nich jednak najtrudniejszym momentem od dawna. Śmiał się, że trafiłem na kiepski okres i warto przyjechać raz jeszcze, gdy będzie już lepiej. Gdy pytałem o Igora Milicicia, który kilka dni wcześniej został ogłoszony nowym trenerem Arisu, była to dla niego postać wręcz anonimowa. Chwalił za to działania nowego właściciela, którym od niedawna jest 24-letni miliarder z Chin. Przyznał, że kibice Arisu wierzą w jego ruchy. To on ma pomóc w tym, by klub wrócił na szczyt. Greckiego kibica pytałem także o białe konfetti, które jest wyrzucane przed pierwszym gwizdkiem w stronę parkietu. Powiedział, że akcja powstała, aby symbolizować śnieg. Jak się okazuje – organizuje się ją tylko w wyjątkowych okazjach np. przy okazji derbów czy początku sezonu w EuroCupie. Niestety, starcie ze Śląskiem do takich okazji nie należało, więc nie było mi dane doświadczyć tego rytuału. Może faktycznie przyjadę i spróbuję raz jeszcze?

Nieustanny doping kibiców robi tu jednak całą robotę. Kapitalne doświadczenie! Z kolei przy okazji całego meczu odbył się chyba jeden konkurs, ten pomiędzy drugą a trzecią kwartą. Znów – może tak bez fajerwerków jest tylko przy okazji spotkań w EuroCupie? Nie miałem okazji zweryfikować.

Ale zweryfikowałem ceny! Jeśli chodzi o jedzenie i napoje – jest raczej przystępnie. Popcorn za 2,80 euro, piwo to wydatek 3,40 euro, pozostałe ceny znajdziecie poniżej. Na chwilę warto zatrzymać się przy kwocie, którą należy uiścić za butelkę wody. Uwaga – pół euro, czyli nieco ponad dwa złote! Polscy kibice zdecydowanie chcieliby zobaczyć takie ceny w ekstraklasowych czy pierwszoligowych halach…

Znacznie droższe są w Salonikach za to pojedyncze wejściówki na mecze. Jak mówiłem – około 3000 osób decyduje się na zakup karnetów. Gdyby jednak ktoś chciał zobaczyć jedno wybrane spotkanie, to musi zapłacić za bilet od 25 do nawet 70 euro. Drożej niż w Polsce, zdecydowanie.

Po meczu byłem umówiony na rozmowę z Igorem Miliciciem. Tego dnia spontanicznie minęliśmy się jeszcze dwa razy – najpierw przy okazji treningu Śląska, a później nawet na mieście. Umówieni byliśmy, żeby na spokojnie usiąść i porozmawiać jednak po zakończeniu spotkania. I tu słowa uznania. Była godzina 22:40, a nadal trwała konferencja prasowa. Z kolei po naszej rozmowie miałem już na zegarku prawie północ. A w klubowym biurze – zero pośpiechu i odpowiedzi na wszystkie przygotowane pytania. Mam nadzieję, że przeczytaliście już ten wywiad. Jeśli nie – koniecznie!

Dzień czwarty

Teoretycznie czterodniowy wyjazd składał się w praktyce z zaledwie dwóch dni na miejscu. W poniedziałek do hotelu dotarłem wieczorem, a czwartkowy lot powrotny był zaplanowany jeszcze przed południem. Dla Śląska, który zresztą wracał tym samym samolotem, to jednak wręcz wymarzone połączenie – bezpośrednio po meczu. Jedyne „ale” to powrót nie do Wrocławia, a do Krakowa, z którego Śląsk musiał się jeszcze przedostać autokarem pod Kosynierkę.

Resztę już znacie. W piątek trening, w sobotę mecz z Kingiem. Później także z Hamburg Towers, Legią Warszawa i Bahcesehir Koleji. I połowa listopada już minęła. A Was zachęcam do podobnego podróżowania za koszykówką, bo to garść nowych doświadczeń i mnóstwo świetnych wspomnień. Nie żałuję, świetna sprawa.

Piotr Janczarczyk

Kliknij aby zamknąć     

TRENING DLA KLAS 1-3

Turnieje Koszykówki 3x3 #koszewewro