10 października 2025 roku Kamil Chanas oficjalnie zakończy karierę w roli zawodnika. Mecz w Leszno przeciwko Miners Katowice będzie dla niego tym ostatnim. Do hali Trapez zjadą się jego bliscy, kibice podziękują mu za wszystkie dotychczasowe występy. Teraz zabiera głos na kilka godzin przed rozpoczęciem swojego ostatniego meczu.
Piotr Janczarczyk: Gdy rozmawiamy, jesteś po ostatnim treningu. Ale myślę sobie – chyba nie czujesz takiego wielkiego sentymentu, że wszystko to robisz po raz ostatni?
Kamil Chanas: To prawda, nie czuję. Nauczyłem się, że życie trwa dalej. Coś się kończy, coś się zaczyna. Może dlatego, że już to kiedyś przerabiałem…
O to też chcę zagaić. W końcu raz już zakończyłeś karierę. Tym razem naprawdę? A jeśli tak, to dlaczego?
Historia z awansem była piękna. Dostałem propozycję zagrania również w pierwszej lidze, choć już wtedy zastanawiałem się, czy to jest dobre rozwiązanie. Zrobiłem „za i przeciw”, wtedy więcej było „za” – i u mnie, i w gronie moich bliskich. Mówili: spróbuj. Natomiast także argumenty „przeciw” były solidne. A skoro Kamil Chanas całe życie idzie pod prąd, to podjąłem rękawicę. W związku z natłokiem obowiązków – mqm na myśli podcast Strefa Chanasa, treningi Basket Chanasa, fundację Strefa Sportu – już po meczu z Astorią Bydgoszcz zastanawiałem się, czy to na pewno była dobra decyzja. I ta myśl wracała co spotkanie.
W Rzeszowie, będąc w hotelu i patrząc, jak wszyscy się szykują, moja głowa była już nie tam, gdzie powinna. Moje zakończenie przygody z koszykówką to decyzja dobra dla klubu. Nie chcę odcinać kuponów. Klub z Leszna niech zrobi takie ruchy, które pozwolą im utrzymać drużynę w pierwszej lidze.
Teraz – 9 października – żałujesz, że w ogóle wznowiłeś karierę?
Nie. To była słuszna decyzja. Poczułem klimat pierwszoligowy. Poczułem profesjonalizm, który już w niej jest – ci obcokrajowcy, ten atletyzm… Dotknąłem tego i teraz wiem, że mi już wystarczy. To już nie jest gra dla mnie, a dla młodych ludzi. Niech oni grają, ja już swoje rozegrałem. To było z 600 meczów?
Nie uważasz, że lepiej było odejść dopiero po zakończeniu sezonu?
Mam wrażenie, że podjąłem rozsądną i świadomą decyzję. Dostaję wiele wiadomości pod tytułem: „brawo za decyzję, jest odważna”. Samoświadomość też jest istotna. Nie wyobrażam sobie grać po kilka minut w meczach, mi to nic nie da. Ja już nie jestem w stanie realnie pomóc – tak jak choćby kilka sezonów temu. Ja już nie muszę nic. Podjąłem taką decyzję z myślą o dobru klubu i z myślą o mojej kondycji psychicznej. Z moim charakterem grać po kilka minut?
A czy nie byłoby inaczej, gdyby twoja rola na parkiecie była większa niż ostatnio?
Na pewno! Ale tego się już nie dowiemy, tak miało być. Trzeba sobie powiedzieć prawdę – koszykówka jest grą dla młodych ludzi. Ta samoświadomość zadziałała. Oglądam koszykówkę z boku. Widzę, co się dzieje.
Możesz powiedzieć z czystym sumieniem: odchodzę, zrzekam się pensji, a dzięki temu klub może zakontraktować kogoś w moje miejsce?
Po to właśnie to robię. Zwolnią się w ten sposób środki na nowego gracza. Myślę jednak, że klub ma takie wsparcie leszczyńskich sponsorów, że poradziłby sobie na rynku transferowym i bez mojego odejścia. Po prostu ja nie chciałem przeszkadzać młodym zawodnikom i być kulą u nogi. Chciałem, żeby trener Dudzik miał realne wzmocnienie. Nie jestem w stanie mu znacząco pomóc.
Jak twoją decyzję o odejściu odebrali koledzy z drużyny?
Zrozumieli ją. Myślę, że potwierdzili moje argumenty.
To piękna historia. Dotknąłem raz jeszcze pierwszej ligi. I tu nie ma drugiego dnia! Ktoś mnie zapytał: „Kamil, to nie dlatego. Coś tam musi być na rzeczy”. Nie, naprawdę. Przyszła autorefleksja. Drużyna potrzebuje zwycięstw i musi się utrzymać w pierwszej lidze. Klub robi kolejne kroki, aby wzmocnić zespół. Dla mnie mecz z Katowicami będzie ostatnim.
W takim razie, jak dotychczas wyglądał twój tydzień? Tak wiele było tych obowiązków?
Trenowałem z drużyną trzy razy w tygodniu. Do tego miałem dwa razy w tygodniu rozpisane zajęcia na siłowni. Nie trenowałem tak jak drużyna. Klub o tym wiedział, zgodził się na to. Tym bardziej że każdorazowo dojeżdżałem do Leszna i wracałem do Wrocławia, to też pochłaniało czas. A mowa tylko o pierwszej lidze. Do tego co poniedziałek nagrywam, montuję i publikuję kolejny odcinek Strefy Chanasa, a także prowadzę treningi pod hasłem Basket Chanasa. Pierwsza liga jest już zbyt profesjonalna, aby to wszystko ze sobą połączyć. Pesel robi swoje. Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny.
Czego nauczył Cię okres przygotowawczy i te cztery mecze? Coś Cię zaskoczyło?
W porównaniu do mojej poprzedniej styczności z pierwszą ligą: jeszcze większy profesjonalizm. Mówię to ponownie, ale tak jest. Drużyny, które mają w swoich szeregach obcokrajowców, grają naprawdę intensywnie, na dużym tempie. Żeby się dowiedzieć, czy mogę realnie pomóc, musiałbym poświęcić wszystko dla koszykówki, trenować regularnie z drużyną. To już się nie wydarzy.
Jak chciałbyś, żeby wyglądał twój ostatni mecz?
Nie wiem. Pójdę na mecz, przyszykuję się tak jak zawsze. To, co los przyniesie, to zrobię. Jak to się zakończy? Nie mam pojęcia. Wiem, że będą w Lesznie moi najbliżsi, osoby, które mi kibicowały, co jest bardzo miłe. Te wszystkie wpisy i komentarze wiele mi potwierdziły. Niektórzy mieli ode mnie znacznie bogatsze kariery, ale teraz wiem, że warto być w porządku człowiekiem – we wszystkich organizacjach, we wszystkich klubach. Te wpisy bardzo mnie zaskoczyły. Tylko się cieszyć i… czekać na ostatni mecz.