Słowo wstępu. BCH, czyli Basket Chanasa, to inicjatywa w postaci koszykarskich treningów w Zielonej Górze, Słupsku, Lesznie, Domasławiu, Długołęce i we Wrocławiu. Projekt trwa już kilka lat. Abyście dowiedzieli się o nim więcej, nie stworzyłem tekstu z informacjami, a wywiad. Nieautoryzowany. Znamy się doskonale, ale obaj chcieliśmy, aby wyszło to naturalnie. I chyba się udało. Moim rozmówcą był Kamil Chanas.
Piotr Janczarczyk: Czym jest BCH w opinii Kamila Chanasa?
Kamil Chanas: BCH to alternatywa dla osób pełnoletnich, które nie lubią chodzić na siłownię, nie lubią biegać w parku, ale kochają koszykówkę i chcą wprowadzić trochę ruchu do swojego życia. Od razu muszę zaznaczyć – poziom nie jest najważniejszy. To koszykówka dla każdego. Dostosowujemy intensywność na podstawie tego, co dostrzegamy podczas treningów. Staramy się robić tak, aby wychodząc z treningu, każdy był zadowolony – że oddał kilkadziesiąt rzutów, że brał odpowiedzialność za akcje. Chcemy unikać sytuacji, gdy ktoś bierze udział w meczu, a jego wkład polega wyłącznie na bieganiu od kosza do kosza.
Jakie były początki Basketu Chanasa? Od ilu lat trwa ten projekt?
Wszystko zaczęło się, gdy skończyłem grać…
Po raz pierwszy! (śmiech)
Tak, po raz pierwszy. Podjąłem decyzję – czas stworzyć coś swojego. Chodziło to za mną – stworzenie treningu dla amatorów, dla ludzi, którzy kochają kosza i szukają takiej alternatywy. Zacząłem jesienią 2022 roku. Otworzyłem pierwszą grupę. Było bardzo dużo chętnych, więc otworzyłem kolejną. Zaangażowałem w to kolegów z boiska. Dzisiaj treningi BCH prowadzą m.in. Maciej Zieliński oraz Jacek Krzykała.

Jak jest obecnie? Ile jest grup, a ilu trenujących?
To 11 grup, około 170 osób.
Jak myślisz – co ich motywuje? Dlaczego to grono jest tak liczne?
Moim zdaniem – kochają kosza i chcą mieć trenera, który ich „pilnuje”, stara się ich motywować. Gdy ktoś trenuje regularnie, naprawdę są tego efekty. Czy stworzymy z kogoś takiego koszykarza na miarę PLK? Nie wiem. Ale myślę, że ten ktoś będzie miał poczucie, że stał się lepszym zawodnikiem. Jest to projekt dla osób, które chcą raz w tygodniu wziąć udział w treningu koszykówki, a przez to zadbać o swoją aktywność fizyczną. Są tacy, którzy chodzą dwa razy w tygodniu. Wiem, że te treningi wpływają także na aspekty psychiczne. Jedna z osób powiedziała mi, że dzień treningu to jej najlepszy tydzień w tygodniu. Taki, na który czeka. W końcu to chwila wytchnienia od codziennych obowiązków.
Na koniec każdego miesiąca organizuję także mecz wewnętrzny. Po to, żeby trenujący się sprawdzili, ale i uwierzyli w to, co robimy na treningach. Z niektórymi grupami trenuję więcej zagrywek – później próbują to wprowadzać podczas meczów. Fajnie to wygląda! Można trenować, być w rytmie, w tygodniu robić swoje, a weekendy nadal mieć dla rodziny.

Czy dostałeś taki odzew, że ci ludzie teraz także czas wolny spędzają w tym gronie?
Obecnie? Tak. Wcześniej byli to ludzie, którzy się w większości nie znali. Teraz są to nowe znajomości, nowe przyjaźnie. To piękne, że powstała społeczność. Mamy wewnętrzne grupy, gdzie pomagamy sobie również w codziennych sprawach. Zresztą, sam byłeś świadkiem.
Hm, faktycznie przytoczę. Ktoś napisał, że potrzebuje bodajże trzech tysięcy na plecaki dla uczniów danej szkoły. Miało to być połączone ewentualnie z jakąś reklamą, logotypem na tych plecakach. Po kilkunastu czy kilkudziesięciu minutach ktoś na to odpisał na zasadzie: „Hej, łap mój numer. Pomogę. Nie chcę reklamy”.
Różne wiadomości tam padają. Ktoś szuka mechanika, ktoś biletu na mecz. Fajna grupa.
Organizuję dla nich także dwa ważne wydarzenia w ciągu roku. W grudniu spotkaliśmy się w ramach BCH December Madness – turniej 5×5 dla wszystkich grup. Z kolei na koniec sezonu spotkamy się na turnieju 3×3. Do tego impreza zakończeniowa, która będzie pewnie GrillBasketem.
Dlaczego zrobiłeś wokół tego taką otoczkę? Wiesz, można też ograniczyć się do samych treningów. A tu – galerie zdjęć, wydarzenia, o których mówisz. Nie chcę sięgać po jakieś wyświechtane sformułowania, ale to naprawdę coś więcej niż treningi.
Robię to tak, jak ja chciałbym być traktowany. Chcę, żeby byli zadowoleni. Chcę, żeby mieli pamiątkę – właśnie w postaci zdjęć. Dlatego też robię rokrocznie te dwa turnieje. Ci ludzie mają być zmęczeni, zadowoleni i wiedzieć, że przynależą do fajnego projektu.

Wróćmy jeszcze do podstaw. W jakich miastach odbywają się treningi?
Najwięcej grup jest we Wrocławiu i okolicach, ale do większości z nich nie możemy już przyjąć nowych osób. Chcę zaznaczyć – trenują z nami i kobiety, i mężczyźni. Kobiet jest coraz więcej! Szukają grania z mężczyznami. Jeśli chodzi o zapisy – mamy miejsca jeszcze na treningi w Zielonej Górze. Prowadzi je Nikodem Sirijatowicz, ja biorę w nich udział co kilka tygodni.
Jak myślisz, od czego zależy liczba chętnych na treningi w danej lokalizacji?
Na pewno znaczenie ma trener. Chociaż robiąc ankietę, trener wcale nie okazał się najważniejszy.
A co innego?
Organizacja treningu. Jeśli jest dobrze zorganizowany, to ludziom chce się chodzić na te zajęcia. Dbamy o siebie, a jesteśmy w różnym wieku. Robię zajęcia tak, żeby ktoś faktycznie pograł w kosza.
Czego można nauczyć się podczas tych treningów?
Jeżeli słuchasz uważnie, to na pewno nauczysz się lepiej rzucać, lepiej kozłować, trzymać spacing, czyli wiedzieć, jak ustawić się w ataku, aby gra była płynna. Na koniec dnia te treningi mają być przyjemnością, a nie źródłem stresu. Widzę po tych osobach, że grają lepiej. Są bardziej pewne siebie i własnych umiejętności.
W jednej z lokalizacji trenujemy typowo indywidualnie. Dużo rzucania, dużo kozłowania. Widzę po tych zawodnikach, że poprawili swoją skuteczność i decyzyjność.
W takim razie, jaka sytuacja ucieszyła się szczególnie? Jest coś takiego?
To dobre pytanie. Najbardziej mnie cieszy, kiedy przychodzę na trening, a grupa chce się uczyć. Oni wiedzą, po co przychodzą. W pewnym wieku nie zmienimy nawyków, ale można niektóre rzeczy poprawić.
Była sytuacja, że jedna z dziewczyn postawiła zająć postawę w obronie tak, aby złapać na faul w ataku potężnego mężczyznę. I złapała! Upadła, zbiła sobie tyłek. Więc powiedziałem do tego mężczyzny: „kolego, na kolejny trening wypada przynieść ciasto”. Tak też się stało. Potem inni z grupy sami zaproponowali, że tak będziemy robili w podobnych sytuacjach. Na treningi w hali Ślęzy Wrocław mówimy „Sernik Arena”. Może z czasem stworzymy jakąś wewnętrzną ligę? Kto wie.

A jak radzisz sobie z różnicami poziomów?
Staram się dobierać składy tak, aby zawodnicy wzajemnie sobie pomagali. Mam w grupie chłopaka, który kiedyś grał w grupach młodzieżowych WKK. Przychodzi na treningi, daje z siebie maksimum, jest wyróżniającą się postacią, ale nie da po sobie tego poznać. Bije od niego duża kultura. To są ludzie inteligentni, którzy wiedzą, jak się zachować.
W jaki sposób przekładasz swoje umiejętności na trenowanie innych?
Powiedziałem ostatnio na treningu – będę uczył rzeczy, które ja stosowałem przed kontuzją i po kontuzji. Nie będę sięgał po techniki, których nie umiem. Staram się być naturalny i wiarygodny w tym wszystkim.
A czy jest tak, że między innymi poprzez te treningi tym bardziej chcesz być na bieżąco z koszykówką?
Oglądam cały czas mecze ekstraklasy, pierwszej ligi. Śledzę, co dzieje się w Europie. Rozmawiam z trenerami. Wszystko po to, aby być na bieżąco. Zawsze są jakieś nowości! Zwłaszcza w przepisach.
Albo w nazewnictwie!
To jest zabawne. (śmiech) Pewne rzeczy kiedyś nazywały się inaczej, a dziś inaczej. Trzeba być na bieżąco, jak ze wszystkim. Nie chcemy być dziadersami!
A w drugą stronę – czy ciebie te treningi czegoś nauczyły?
Czasem zadziwiające jest podejście trenujących. Można odczuć, że mają w sobie więcej zaangażowania niż zawodowcy. Poprzez te treningi jeszcze bardziej doceniłem pracę sędziów. Sam sędziuję podczas treningów i wiem, że jest to trudne. (śmiech) Doceniłem też… zawodowców. Koszykówka naprawdę nie jest łatwym sportem. Bieganie w tę i z powrotem, zmiana kozłowania, zmiana tempa. Warto spróbować, że to wcale nie jest takie łatwe, jak się czasem wydaje.

Czy masz w tym wszystkim jakieś zasady wobec dopiero zaczynających? Na przykład – pierwszy trening jest bezpłatny.
Tak, oczywiście! Jeśli ktoś jest zainteresowany, to zapraszam. Jeśli ktoś obawia się o swój poziom, formę, to zachęcam, aby spróbował, zobaczył, czy mu to odpowiada, a dopiero potem podejmie decyzję, czy chce pozostać z nami.
Ktoś chce do was dołączyć. Jak ma się skontaktować? W których grupach są jeszcze wolne miejsca?
Wszystkie zgłoszenia i pytania najlepiej kierować na e-mail: basketchanasa@gmail.com. Są jeszcze miejsca w Słupsku u Pawła Leończyka oraz w Zielonej Górze u Nikodema Sirijatowicza. Jeszcze kilka osób może dołączyć do nas we Wrocławiu i okolicach. Koszt udziału jest uzależniony od hali, w której trenujemy. Piszcie, a dowiecie się wszystkiego.
A jak to wygląda od strony czysto praktycznej? Co trzeba mieć, aby wziąć udział w treningu?
Trzeba zabrać tylko buty i strój sportowy. A gdy jest się z nami dłużej, to w grudniu przychodzi Mikołaj i zawsze coś przyniesie.