Jaki był Puchar Polski 2026? Oto sześć wspomnień z Sosnowca

1. Urazy, kontuzje i liczne nieobecności

Zacznijmy od tego, czego nikt nie lubi. Problemy zdrowotne były jednak stałym elementem tego turnieju – od czwartku do niedzieli. Niektóre drużyny zmagały się z nimi jeszcze przed Pucharem Polski. Inne ekipy zaczęły się martwić już w trakcie.

Trudno ustalić w tych okolicznościach jakąś „hierarchię”, jednak kibice ze szczególnym smutkiem przyjęli wiadomość o urazie Kuby Szumerta. To jego nazwisko ostatnio urosło szczególnie, a gdyby zapytać o zdanie każdego z kibiców w hali, niejeden pewnie powiedziałby, że podczas turnieju warto zwrócić uwagę właśnie na 20-letniego koszykarza Zastalu.

Niestety, lista składała się z większej liczby nazwisk. Bo to nie tylko Szumert, ale i Gray, Matczak, Cabbil, Smith, Tubutis, Cowels. Żaden z nich nie wystąpił w choć jednym meczu turniejowym. A z czasem grono kontuzjowanych powiększyło się. Jakub Schenk, Kacper Marchewka, Sagaba Konate, ale i Szymon Zapała oraz Kenny Goins. Kiepsko!

fot. Paweł Bandoła

2. Łapać i rzucać

To firma Betclic stała się sponsorem nagród dla tych, którzy raptem jedną próbę potrafili zamienić na celny rzut z połowy. Można powiedzieć, że bukmacher zapłacił za reklamę… 150 tysięcy złotych. Bo kto przewidzi, czy kibicom faktycznie uda się trafić? I to dwukrotnie, dzień po dniu!

W sobotę z połowy trafił pan Dawid. Internauci szybko zweryfikowali, że to były gracz z doświadczeniem w pierwszej i drugiej lidze. Jeszcze trzy lata temu grał dla GKS-u Tychy na zapleczu ekstraklasy. Trzeba jednak przyznać – najlepiej odnalazł się w tym całym zamieszaniu w sektorze po prawej stronie od trybuny medialnej. Złapał piłeczkę, wziął udział w konkursie, trafił z połowy, wygrał 50 tysięcy złotych.

Oby był z tych, którzy mówią, że szklanka jest do połowy pełna, a nie pusta, bo już dzień później ten sam rzut był warty dwa razy więcej. Aż 100 tysięcy złotych! Z połowy trafił pan Jaromir i to on do końca życia będzie mógł wśród bliskich dzielić się historią, która jest absolutnie wyjątkowa.

fot. Andrzej Romański / plk.pl

3. Trefl (podwójnym) zwycięzcą

Podopieczni Mikko Larkasa jako jedyni wygrali w Sosnowcu wszystkie trzy mecze i tym samym zdobyli trofeum za zwycięstwo w Pucharze Polski. Pokonali: Legię, Górnika oraz Zastal. I zrobili to trochę… po cichu. Co mam na myśli? To, że uwaga była skupiona na innych. Wszyscy na bieżąco tworzyliśmy historie, które ostatecznie i tak nie miały miejsca. Górnik nie powtórzył sukcesu sprzed roku. Śląsk nie dał rady bez Gray’a. Nawet Zastal Express, wjeżdżając na stację, musiał ustąpić pierwszeństwa innemu pociągowi. Pociągowi relacji Sopot – Sosnowiec!

Trefl wygrał Puchar Polski niezwykle pewnie. Owszem – jeszcze w starciu z Legią wcale nie był drużyną dominującą, tak Górnika i Zastal pokonał różnicą odpowiednio 25 i 24 punktów. Co ciekawie, oba zespoły zatrzymał na dokładnie 67 zdobytych oczkach.

Ciekawostka numer dwa – sopoccy kibice mieli nawet dwa powody do świętowania! W niedzielny wieczór cieszyli się ze zwycięstwa swoich ulubieńców, a dzień wcześniej to oni wygrali Puchar Polski kibiców, dzięki czemu jesienią udadzą się do Stanów Zjednoczonych.

fot. Andrzej Romański / plk.pl

4. Kibice Górnika

Im także trzeba poświęcić osobny akapit. Zazwyczaj wykrzykiwana na wyjeździe przyśpiewka „gramy u siebie” ma charakter prowokacyjny. Podczas Pucharu Polski kibice Górnika jej nie zaśpiewali, choć stawiając się na trybunach w takiej liczbie, wręcz mieli do tego prawo. Nie kłamaliby. Górnik grał JAK u siebie.

W ich przypadku nie ma sensu dyskusja dotycząca godziny rozgrywania spotkań. Wałbrzyscy kibice szukają nie wymówek, a wolnego w pracy, aby dotrzeć na mecz wyjazdowy. To, jak (znów!) wspierali drużynę Andrzeja Adamka, było niesamowite.

Szacunek dla wszystkich kibiców, którzy przyjechali do Sosnowca. Z Wrocławia, ze Szczecina, z Sopotu, z Zielonej Góry, z Warszawy, z Gdyni, z Wałbrzycha. Za każdy przebyty kilometr, za każdą poświęconą złotówkę. We wspólnym celu: by wspierać swój klub.

fot. Paweł Bandoła

5. Organizacja? Top!

To określenie, które padło z ust Arkadiusza Miłoszewskiego, trenera Zastalu. Miał on wtedy na myśli zwłaszcza sytuację drużyn, które nie musiały każdorazowo pakować się do autokaru i liczyć, że ewentualne zwycięstwo przedłuży im dobę hotelową.

Dało się odczuć, że organizatorzy Pucharu Polski czerpali z sierpniowo-wrześniowych zabaw, które miały miejsce podczas EuroBasketu w Katowicach. Starali się wypełnić każdą przerwę. Przed meczem, po meczu, w trakcie. Cały czas coś się działo.

Tym bardziej medialnie! Materiałów pojawiało się tak wiele, że sam jeszcze nie nadrobiłem wszystkich. Myślę, że ci, którzy finalnie do Sosnowca nie dotarli, też mogli czuć się „zaopiekowani”. Tych treści było mnóstwo.

Jeśli ma się pojawić ode mnie jakiekolwiek „ale”, zwróciłbym uwagę na dwie kwestie. Pierwsza – youtube’owe studio. Albo musi być lepiej rozpropagowane, albo znaleźć swoją grupę docelową albo zmienić formułę. Włączyłem transmisję bodajże przed meczem finałowym. A ze mną – mniej niż 100 osób! Wszystko to na kanale, który subskrybuje przecież 31 tysięcy osób.

Kwestia druga – strefy sponsorów wewnątrz hali. Mam świadomość, że organizatorzy zmagają się (?) z ograniczeniem w postaci niewielkiej przestrzeni do zagospodarowania, jednak podczas tej edycji nie odkryłem żadnego stoiska, które swoimi atrakcjami generowałoby szczególną uwagę kibiców.

fot. Paweł Bandoła

6. Naprawdę warto

Jestem wielkim zwolennikiem Woodstocku (obecnie Pol’and’Rock) i często sugeruję znajomym, że aby jechać na ten festiwal, nie trzeba jechać z myślą o koncercie konkretnego zespołu.

I tak też jest z Pucharem Polski. To naprawdę jest święto koszykówki. Dobrze, że nie zarezerwowałem sobie hotelu z większą liczbą gwiazdek, bo nawet nie miałbym kiedy skorzystać z jego udogodnień. W czwartek przyjechałem do hali ok. 17:00, wyszedłem z niej ok. 23:00. W piątek – kolejne dwa ćwierćfinały i kolejne sześć godzin z koszykówką. A w sobotę – wszystko jak na zakładkę. O 10:00 rozpoczęła się konferencja „Europejskie spojrzenie”, ostatni panel zakończył się przed 14:30. Kilka minut spacerem do hali i byłem już przy boisku. Pierwszy półfinał, pierwszy konkurs, drugi konkurs, drugi półfinał. Już nie będę liczył, ile to godzin.

Zakładając udział we wszystkich tych wydarzeniach, z Sosnowca wyjeżdża się bardziej zmęczonym niż wypoczętym, lecz to wszystko za sprawą najwyraźniej bezgranicznej pasji do koszykówki. A jest nas wielu!

fot. Andrzej Romański / plk.pl

Piotr Janczarczyk

TRENING DLA KLAS 1-3

Turnieje Koszykówki 3x3 #koszewewro