[Do naszej rozmowy doszło w Salonikach, tuż po meczu pomiędzy Arisem a Śląskiem, czyli 5 listopada 2025 roku. To było pierwsze zwycięskie spotkanie Igora Milicicia od czasu przejęcia greckiej drużyny.]
Piotr Janczarczyk: Zacznę od czegoś zupełnie innego. Czy rozmawiał pan już z synem? Teo właśnie zadebiutował w EuroCupie!
Igor Milicić, trener Arisu Saloniki i reprezentacji Polski: Jeszcze nie. (śmiech) Mamy w sobotę bardzo ważny mecz u siebie, może najważniejszy. Musimy się skupić na nim. Ale widzę, że Teo zadebiutował i jestem z niego bardzo dumny. Zagrał 7 minut, zdobył 2 punkty, miał 1 asystę. Bardzo się cieszę, że tam w niego wierzą i w wieku 17 lat dostaje minuty w EuroCupie. Ostatnio zadebiutował w Bundeslidze, a teraz w EuroCupie. Ma pierwszą wygraną, tak jak ja! (śmiech) Niesamowita historia.
A teraz już o samym meczu. Czy to jest właśnie przykład tej słynnej defensywy Igora Milicicia? Śląsk zdobył przez większość pierwszej kwarty cztery punkty.
Myślę, że dla zawodników Arisu bardzo ważne jest, aby uwierzyli w to, co robimy. Przez trzy kwarty graliśmy tak, że widziałem światło w tunelu dla tego, co chcemy mieć w przyszłości. Natomiast demony z ostatnich miesięcy nadeszły z czwartą kwartą. Jest dużo pracy przed nami. Natomiast jest to faktycznie ta agresywność, którą chcę wpajać podczas każdego treningu i w każdym meczu.
Co widzę tylko jakąś wypowiedź trenera, to lokalni kibice domagają się transferów. A czy ta drużyna faktycznie potrzebuje wzmocnień?
Myślę, że ten zespół potrzebuje bodźca, żeby grać jeszcze bardziej agresywnie. Zobaczymy, jak zmiany wpłyną na drużynę. Nie chcemy jednak przypadkowego transferu, dla samej zmiany. Widzimy, gdzie są mankamenty, i chcemy to poprawić.
Proszę o w pełni szczerą odpowiedź. Myślał trener, że będzie tak ciężko, jak jest?
Patrząc z boku – myślałem, że nastąpi poprawa defensywy, natomiast nie sądziłem, że może dojść do takich komplikacji, żeby rozwiązać akcje w ataku. Skupiliśmy się na obronie. Nie ma dużo czasu między meczami. Znajdujemy jednak ten czas, aby poprawić obronę.
Czy kibice już teraz zaczepiają pana na mieście?
Trochę tak, ale są bardzo… delikatni.
Delikatni? Co to znaczy?
Nie chcą mocno ingerować w pomysły na drużynę. Bardziej podchodzą po wspólne zdjęcia. Miałem już jednak pierwsze przetarcie z Salonikami. Wylądowałem, a na strefie celnej zatrzymali mnie policjanci. Powiedzieli: „będziesz siedział tutaj dwie godziny”. Zdziwiłem się. Dodali: „jesteśmy fanami Arisu. Powiedz, co chcesz zrobić z drużyną”. Ostatecznie nie przetrzepali mojej torby, ale faktycznie chcieli poznać całe plany. (śmiech)
Jak w takim razie wyglądały pana pierwsze dni w Salonikach?
Bardzo chaotycznie! Byłem w trakcie rejsu statkiem. To był rejs zaplanowany już po osiągnięciach z EuroBasketu. Wziąłem moją małżonkę, przyjaciół i pojechaliśmy na 10-dniowy rejs po Morzu Śródziemnym. Ale… w połowie rejsu opuściłem pokład. (śmiech) To było w Stambule. Pojechałem w innym kierunku, dojechałem finalnie tutaj.
Moment. Z tymi samymi bagażami, które zabrał pan na rejs?
Tak, dokładnie! (śmiech) Mam naprawdę chaotyczny okres pod tym względem. Jest to najwyraźniej coś, na co my – trenerzy – musimy być przygotowani. W śmieszny sposób się to wszystko odbyło. Nawet kapitan statku mnie nie chciał puścić! Policjanci też mówili, że nie można.
Ale jednak można?
Jednak można. Wypuścili na własną odpowiedzialność.

Jak by pan porównał pracę tu (w Salonikach) do pracy w Neapolu? Który klub ma większe możliwości – i sportowe, i finansowe? Aris czy Napoli?
Finansowo-sportowe możliwości są w tym momencie mniej więcej takie same. W Arisie jest może trochę większy budżet, ale nie jest to znacząca różnica. Natomiast perspektywa jest znacznie szersza. I presja na pewno! Tutaj klub gra na dwóch frontach. Dodatkowo, we Włoszech pracowałem przez cały okres przygotowawczy. Pierwszy sezon był rewelacyjny – pod każdym względem. Drugi – nie był tego nawet bliski. Jest różnica, jak się przejmuje zespół w połowie sezonu, a jak się to powoli buduje wszystko samodzielnie.
Pamiętam, gdy Michał Fałkowski wraz z Arturem Czachowskim poprzez kanał YouTube Kosz Kadry przybliżali pana codzienne funkcjonowanie w Neapolu. Pokazywali pana ulubione miejsca. Czy w Salonikach też upodobał sobie trener niektóre lokale?
Jeszcze nie miałem czasu. Teraz spędzam prawie całe dnie w hali. Przed meczem minęliśmy się jeszcze na mieście, ale to dlatego, że wciąż brakuje mi niektórych rzeczy. Takich jak choćby golarka. W hali jestem od ósmej rano do ósmej wieczorem. Musimy poprawiać to, co jest. Jest trochę pracy, ale na to się pisałem.
Przechodzimy do EuroBasketu 2025. Jak będzie trener wspominał ten turniej? Miło?
Ten turniej myślę, że jest czymś najlepszym, co mi się zdarzyło. Porównałbym go nawet z tym 4. miejscem podczas poprzedniej edycji i wygranej ze Słowenią w Berlinie. Jest taka różnica, że w tym roku były już duże oczekiwania. W Berlinie natomiast traktowano nas z przymrużeniem oka. Teraz postawiono przed nami wręcz nierealne oczekiwania. Zespół sprostał. Sprostał w najlepszy możliwy sposób. Graliśmy u siebie, w Katowicach, przy pełnych trybunach, gdzie niektórzy zostawali przed halą, nie mając biletów. Cała atmosfera wokół fazy grupowej w Katowicach była wspaniała! Naprawdę nasi zawodnicy razem ze mną byli punktem odniesienia, jak może wyglądać polska drużyna – w obojętnie jakim sporcie. Jestem bardzo dumny z tego, że cała Polska nam się przypatrywała. Siatkarze, piłkarze, piłkarze ręczni, skoczkowie narciarscy, aktorzy, muzycy, celebryci! Jestem bardzo dumny z tego, co osiągnęliśmy jako kadra, jako sport, jako federacja. Dlatego to są najwspanialsze chwile do tej pory. Muszę jednak przyznać, że nie zdawałem sobie sprawy, jak wiele kosztowało mnie to emocjonalnie. Po zakończeniu mistrzostw, gdy wróciłem do domu, bardzo długo dochodziłem do siebie psychicznie. Trudno było wrócić do normalnego życia. Ten cały stres, presja, odpowiedzialność… Ciało mi pokazało, jak bardzo mocno to działa na podświadomość, mięśnie, głowę.

Jakie odczuwa trener różnice w prowadzeniu reprezentacji a zespołu w rozgrywkach klubowych?
W reprezentacji kraju zawodnicy z własnych chęci dają z siebie wszystko. Tutaj jest… praca. Tam jest – duma! Duma, żeby zrobić coś dla społeczności koszykarskiej, społeczności polskiej. Wiara w sport jest bardziej widoczna w naszej kadrze. Słucham, co mówią inni trenerzy kadr. Nie wszyscy mają taką zadziorność, żeby walczyć dla własnej reprezentacji.
Muszę dopytać jeszcze o tę Słowenię. W przypadku klubów mówi się, że trudniej jest obronić mistrzostwo niż zdobyć je po raz pierwszy. Może ta opinia dotyczy także starć ze Słoweńcami?
Oczywiście! Tym bardziej z uwagi na wynik, który zrobiliśmy podczas całego turnieju. Zobacz, Serbia. Dwukrotnie za nami! A ma w swoim składzie miliony, o których możemy tylko pomarzyć. Pewnie jeden zawodnik z tego składu jest bardziej wartościowy na rynku transferowym niż cała nasza drużyna. Druga sprawa – sam fakt, że przez trzy miesiące po losowaniu wiedzieliśmy, że pierwszy mecz zagramy właśnie z Luką Donciciem i jego zespołem. Udowodniliśmy, że wcześniejsze zwycięstwo nad Słowenią nie było dziełem przypadku. Jesteśmy ich koszmarem! (śmiech) Wiedzieliśmy też, że wynik tegorocznego meczu może być bardzo kluczowy. Wygranie go stawiam na równi z wygraniem tego poprzedniego, a przecież mówi się, że tamto spotkanie to był najlepszy mecz polskich koszykarzy w historii.
Co by pan powiedział tym, którzy „zwalniali” Igora Milicicia jeszcze przed rozpoczęciem tegorocznego EuroBasketu?
Jeśli jesteś na topie, wszyscy chcą cię zniszczyć. Bardzo się cieszę, że federacja wierzyła we mnie. Kibice wiedzą, jakie są możliwości danej drużyny. Mówią: „grają rewelacyjnie”, „grają ponad swoje możliwości”. Natomiast myślę, że niektóre opinie kibiców są też sterowane z pewnych zakątków, które chcą przejąć kadrę albo zrobić jej na złość. Nie obchodzi mnie to za bardzo. Nie traktuję złośliwych czy nieprzychylnych komentarzy jakby to była opinia wszystkich. Wierzę, że kibice jako ogół bardzo mocno wspierają nasz zespół.
Widząc przebieg przedturniejowych sparingów, czuł pan obawę, że to wszystko nie funkcjonuje odpowiednio?
Ale dla kogo te wyniki były rozczarowujące? To był taki sam okres przygotowawczy, jak przed poprzednim EuroBasketem. Wtedy przegraliśmy chyba nawet 30 punktami z Ukrainą. To jest proces, który ludzie nie do końca rozumieją. Nie widzą naszych treningów. Nie jest istotne, by wygrać sparing, gdy gramy dwunastką zawodników, układamy pewne sytuacje. Mam też takich zawodników, którzy wiedzą, co znaczy gra w sparingach i motywują się na nie, aby się docierać, a nie dołować przy ewentualnych przegranych. Mieliśmy taką sytuację – przegraliśmy z Finlandią, a wiedzieliśmy, że idziemy w dobrym kierunku. Cała drużyna wiedziała, co chcemy osiągnąć i jaka jest droga do tego. Mam swój sposób na to. Jeśli niektórzy tego nie rozumieją, to nie do końca jest to mój problem.

Czy niezdolność do gry Jeremy’ego Sochana oraz Igora Milicicia Juniora znacząco wpłynęła na pana pomysły defensywne? To był zupełnie inny plan?
To był zupełnie inny plan. Mieliśmy pewne rzeczy, które od początku wprowadzaliśmy, natomiast z Jeremym i Igorem na pewno wyglądalibyśmy inaczej. Ta różnorodność rozwiązań byłaby większa, co w takim turnieju jest kluczowe. Nie można przygotować się z dnia na dzień, jeżeli nie jesteś przygotowany miesiąc wcześniej. My zaczęliśmy pewne rzeczy wdrażać już w lutym czy nawet w listopadzie.
W styczniu to pan przyjedzie do Wrocławia na mecz ze Śląskiem. W jakim miejscu chciałby wtedy trener być?
Chciałbym być po dwóch wygranych z reprezentacją Polski. Słyszałem, że mecz w Gdyni jest już wyprzedany. Rewelacja! Chciałbym też, aby zawodnicy Arisu gryźli parkiet, walczyli do ostatniej minuty i wierzyli w siebie i w to, co robimy. Powoli się to już dzieje. A jak będzie z wygranymi? W EuroCupie jesteśmy kopciuszkiem, tak jak Śląsk. Plan jest, by się poprawić i być w grze z każdym zespołem, z którym gramy. Chcę, aby zawodnicy uwierzyli w mój plan. Potem zobaczymy jak będzie.