Dawid Podsiadło: „Travis Trice był częścią tego miasta” [WYWIAD]

Słowo wprowadzenia. W końcu w większości wywiadów rozmówcami są koszykarze, trenerzy lub prezesi danych klubów. Tym razem będzie inaczej. Miałem okazję rozmawiać z człowiekiem, który przez osiem lat był częścią koszykarskiego Śląska Wrocław. Zna ten klub pewnie od podszewki. Jako rzecznik prasowy doświadczył wiele i widział wiele. Przed Wami – Dawid Podsiadło.


Piotr Janczarczyk: Ile trwała twoja wspólna przygoda ze Śląskiem Wrocław? Od czego się to wszystko zaczęło?

Dawid Podsiadło: Zaczęła się od praktyk. Studiowałem dziennikarstwo sportowe we Wrocławiu i nadszedł moment, gdy trzeba było podjąć się wspomnianych praktyk. Do Śląska trafiłem z moim przyjacielem Adrianem, którego poznałem na studiach. Namówił mnie. On był wielkim fanem koszykówki, ja tego sportu szczególnie nie lubiłem. Jak czas pokazał – wciągnąłem się i przepracowałem w klubie osiem lat.

Śląsk był wtedy tuż po wycofaniu się z ekstraklasy. Zaczynał od drugiej ligi, czyli tak naprawdę od zera. Myślę, że prezes Michał Lizak poczuł wtedy, że to jest moment, kiedy media społecznościowe może powierzyć komuś, kto może uczyć się na błędach, uczyć się na żywym organizmie. Zainwestował w nas w ten sposób.

Czy ty podchodzisz do tego równie sentymentalnie? Mam na myśli stopniowe przechodzenie od drugiej ligi, przez zaplecze ekstraklasy, aż do występów WKS-u nawet w rozgrywkach europejskich. Ty temu towarzyszyłeś.

Zdecydowanie! Tę drogę przeszedł także Olek Dziewa, choć nie tylko on. Był między innymi również Kuba Musiał. To było fajne widzieć, jak oni się rozwijają wraz z klubem. Zaczęli przecież od juniora starszego, gdy ten zespół był zarazem drużyną drugoligową. Aż do sytuacji, gdy Kuba gra w ekstraklasie, a Olek rywalizuje z największymi gwiazdami na EuroBaskecie. Tak jak budował się klub, tak jak budowała się drużyna, tak i budowali się oni i ich kariery.

fot. Wojciech Cebula

Wśród drużyny kapitanem często jest zawodnik szczególnie doświadczony lub dłużej związany z danym klubem. Czy odczułeś, że przychodzący do Śląska gracze darzą cię większym szacunkiem właśnie za sprawą wieloletniej pracy w klubie?

Wszystko zależało od charakteru zawodnika. Wydaje mi się, że zagranicznych graczy nie za bardzo to interesowało. Bo skąd mieli wiedzieć, kto pracuje tu dziesięć miesięcy, a kto dziesięć lat? Traktowali wszystkich tak samo.

Natomiast jeśli byli jacyś zawodnicy czy trenerzy, z którymi przez lata gdzieś się mijałem na meczach czy konferencjach, to na pewno było łatwiej i otrzymywałem nieco więcej respektu.

Czy jest jakiś jeden koszykarz Śląska, którego wspominasz najmilej?

Zdecydowanie tak. To Travis Trice. Wspominam go najlepiej boiskowo, ale i pozaboiskowo. Travis był świetnym człowiekiem. Był osobą, która nie przyjechała, żeby „odbębnić” swoje i wrócić. Zżył się z wrocławskim środowiskiem. Był mocno zainteresowany historią klubu i miasta. Może to dobry moment na anegdotę, która nieco odda jego charakter?

Śmiało!

Nadszedł Tłusty Czwartek, a w drużynie był już jego brat D’Mitrik. Wymyśliliśmy, że pojedziemy na pączki do „Szoka” – lidera klubu kibica, który prowadzi cukiernię w hali targowej. Travis i D’Mitrik byli zwolennikami tego pomysłu. Zbiegło to się jednak w czasie ze sporą przebudową dróg w okolicach Kosynierki. Organizacyjny armagedon. Niestety, przy wyjeździe z hali przytrafiła nam się stłuczka. Sytuacja nie wyniknęła z mojej winy, ale i tak nas mocno opóźniła. Większość amerykańskich zawodników w takim momencie pewnie udałaby się do domu, nie chciałoby im się czekać. Oni zaś nie dość, że spędzili czas, próbując pomóc rozwiązać tę sytuację, to jeszcze finalnie faktycznie dotarliśmy do tej hali targowej. Mogliby równie dobrze odpuścić, aby mieć chwilę dla siebie przed popołudniowym treningiem.

Jaki był Travis?

Nawet pierwsze spotkanie z nim było niestandardowe. Często pada w takich sytuacjach szybkie „cześć, cześć” i amerykański zawodnik już rozmawia na smartfonie ze swoimi kolegami lub rodziną. Wielu graczy tak robiło, o co zresztą ciężko mieć pretensje. Była też taka sytuacja, że jechaliśmy z Travisem przez całe miasto. Coś trzeba było załatwić. Lubię historię, więc zacząłem mówić o mijanych muzeach, o wpływie II WŚ wobec Wrocławia. Był zaciekawiony tym, wcześniej nie znał historii miasta. W drodze powrotnej co chwilę wyciągał telefon i nagrywał, co mijamy. Naprawdę Travis Trice nie przyjechał, aby „odbębnić” swoje i wracać. Był częścią tego miasta. To, że mieliśmy wtedy takich zawodników, sprawiło, że drużyna się scementowała i sięgnęła po mistrzostwo.

Mówisz o historii. Punktują to często kibice Śląska. W jaki sposób klub dbał o to, by przyjezdni gracze poznali tę historię WKS-u?

Narracja była stała. Chcieliśmy, by zawodnicy czuli, że przyjeżdżają do najbardziej wyjątkowego klubu w Polsce. Nie zawsze trzeba było opierać to na historii. Chcieliśmy pokazać, że tu i teraz Śląsk jest na szczycie. I że choć jest najbardziej utytułowanym klubem polskiej koszykówki, to go to nie zadowala. Chce zdobywać kolejne trofea.

Mam nadzieję, że dało się to odczuć. Banery w Kosynierce, banery w innych halach. Do tego inne historyczne nawiązania w naszej komunikacji medialnej. Niestety, wielu zawodników (głównie zagranicznych) nie było tym szczególnie zainteresowanych. Nie robiło to na nich wrażenia. Travis był jedną z tych osób, w której udało się zaszczepić ciekawość. Jeśli ktoś naturalnie jej w sobie nie miał, to też trudno było ją zaszczepić. Byli zawodnicy, którzy przyjeżdżali do Polski i dziwili się na widok McDonalds’a. Myśleli, że Polska to jakiś trzeci świat. Taka była ich wiedza.

Czego ciebie nauczyła praca w Śląsku? Wyjaśnij proszę, na czym polegała.

Ona ewoluowała. Na początku pracowaliśmy z Adrianem. Ja zajmowałem się mediami społecznościowymi, on pełnił obowiązki rzecznika prasowego. Później, gdy on zrezygnował z pracy w klubie, przejąłem jego obowiązki, jednocześnie pozostając odpowiedzialnym za ten medialny projekt. Pracy było sporo. Za swoje najważniejsze zadanie jako rzecznika prasowego uważałem ułatwianie życia dziennikarzom. Tak, aby każdy, kto chce zrobić jakiś wywiad czy inny materiał, żeby miał do tego jak najkrótszą drogę. Równocześnie dbałem o media społecznościowe wraz z innymi osobami, które się przewijały przez klub. Nie chcę też mówić, że to ja tym cały czas rządziłem. Gdy był z nami Grzesiek Krawczyk, który wcześniej pracował w piłkarskim Śląsku, to wiedziałem, że jest osobą, której mogę oddać te media w 90 procentach. Współpracowaliśmy, ale praca była wykonywana przez niego.

Czego mnie nauczyła ta praca? Wszystkiego. Jeśli chodzi o rzemiosło dziennikarskie, to wchodziłem w ten świat jako osoba, która trochę teorii poznała na studiach, ale uczyła się wszystkiego od zera. Gdy po czasie odkopałem z archiwów nasze materiały z pierwszej czy drugiej ligi, to byłem zażenowany i zszokowany, że ktoś pozwolił nam to opublikować. Tak było z montowaniem filmów, z prowadzeniem biura prasowego, z prowadzeniem mediów społecznościowych, z nawiązywaniem kontaktów międzyludzkich. Od dzieciństwa byłem osobą bardzo nieśmiałą, a ta praca sprawiła, że się otworzyłem. Zyskałem bardzo dużo przez te osiem lat.

fot. Wojciech Cebula

Pytałem już o konkretną postać. A jakiś konkretny mecz, który zapadł ci w pamięci? Może jakieś wydarzenie?

Myślę, że zdobycia mistrzostwa nie da się porównać z niczym innym. To nie tylko ten tytuł, ale też pozostałe historie: powrót z 0-2, przyjazd naszych kibiców do Zielonej Góry, słynna już wewnętrzna rozmowa. Nie było mnie przy niej, ale obrosła legendą. Było to czuć. Oni powiedzieli sobie, że już nie przegrają. To nie mogło się tak skończyć.

Miałem to szczęście, że jeździłem z drużyną na mecze. Sporo fajnych materiałów udało nam się przygotować. Mogłem to wszystko obserwować od środka. To było niesamowite. Feta, ostatni mecz w Hali Stulecia… To taka wisienka na torcie. Chociaż też wyzwanie organizacyjne! Nie było się bez błędów i wpadek. Koniec końców myślę, że każdy z kibiców Śląska, pracowników i zawodników miło wspomina ten czas.

Z perspektywy czasu ciekawie wspominam ten okres… w drugiej lidze. Nie interesowałem się wtedy koszykówką. To był dla mnie jakiś świetny poziom, że ktoś potrafi wykonać wsad albo trafić trzy trójki z rzędu. Wszyscy mieli 19 czy 20 lat, więc atmosfera w autobusie była wesoła. Patrzyłem, jak Olek Dziewa uczy się koszykówki, teraz oglądam go na EuroBaskecie. Ja też wtedy wszystkiego się uczyłem.

fot. Wojciech Cebula

Czy jest jakiś błąd, który teraz wspominasz z uśmiechem?

Znów muszę nawiązać do Travisa Trice’a, którego temat powraca jak bumerang. Travis oczekiwał we Wrocławiu na brata, który niebawem miał przylecieć. Wymyśliłem, że razem pojedziemy po niego na lotnisko. Pojadę z gwiazdą Śląska po nowego zawodnika Śląska, jednocześnie nie mówiąc wprost, że to jest jego brat, tylko że „świetny człowiek, świetny zawodnik”. Travis nadawał się do takich rzeczy idealnie. Zrobiliśmy to. Wróciłem do klubu z poczuciem, że zrobiłem świetny materiał, hit internetu. Okazało się, że… w kamerze nie wyłączyłem trybu slow motion, więc wszystko nagrało się bez dźwięku. Pozostało mi zrobić z tego „teledysk”. Wiedziałem, że potencjał był dużo lepszy. Chyba każdy dziennikarz miał nieraz podobne problemy na przykład z dyktafonem i nienagraną rozmową.

Odszedłeś ze Śląska, trafiłeś do Radia Wrocław. Śledzisz, co dzieje się w klubie? Masz poczucie, że poprowadziłbyś media w inny sposób?

Nauczyłem się przez te lata, aby nie oceniać pracy innych. Kibice niejednokrotnie zgłaszali pretensje, że według nich w klubie powinno coś wyglądać inaczej. Są chwile, gdy ktoś z zewnątrz nie ma całego oglądu sytuacji i bardzo łatwo jest mu oceniać. Najprostszy przykład – kibice często mają pretensje, że informacja o transferze pojawia się tak późno, a chociażby Karol Wasiek pisze o tym od trzech dni. Ale co ma zrobić klub, gdy nie ma podpisanego kontraktu? Nie może ogłosić tego transferu. Z boku perspektywa potrafi być zupełnie inna. Albo jeszcze inne sytuacje – gdy na przykład chciałbyś coś zrobić, ale twój szef ma inną opinię, a to przecież on ma decydujący głos. Staram się nie oceniać pracy chłopaków, którzy aktualnie pracują w klubowych mediach. Było sporo zmian, jest nowa pani prezes. Patrzę z boku ze spokojem i trzymam kciuki.

W takim razie, dlaczego odszedłeś z tej pracy? Jak cię pożegnano? O ile chcesz się podzielić tą dość wyjątkową historią.

Od dłuższego czasu czułem się mocno zmęczony. Składało się na to uzależnienie od terminów meczów, intensywność pracy. Brałem też do siebie komentarze kibiców. Dlatego myślałem nad zmianą otoczenia.

W sierpniu zeszłego roku skontaktowałem się z Robertem Skrzyńskim, który pracuje w Radiu Wrocław. Znałem go też z czasu stadiów, bo był naszym wykładowcą. Radio szukało osoby do redakcji internetowej, która ostatnio jest mocno rozwijana. O tym też dowiedziałem się od wcześniej wspomnianego Adriana, więc pół żartem, pół serio, załatwił mi kolejną robotę. Wszystko dobrze się złożyło. Nie wahałem się. Miałem jeszcze trzymiesięczny okres wypowiedzenia. W Śląsku wszyscy uznaliśmy, żebym nie zostawiał pracy w klubie w klimacie takiego rozgardiaszu. Znalazłem osobę, która miała mnie zastąpić i starałem się wprowadzić ją do pracy najlepiej, jak potrafiłem. W radiu też na mnie poczekali, za co jestem wdzięczny.

Pożegnanie? Bardzo miłe, bardzo zaskakujące.

Pamiętam to trochę jak dziś. Po przegranym meczu miała rozpocząć się konferencja prasowa z udziałem ówczesnego trenera Śląska – Miodraga Rajkovicia. Do sali wszedł prezes Michał Lizak, co wcześniej nie było standardem. Wszystko złożyło mi się w głowie na to, że… trener zostanie zwolniony właśnie podczas konferencji prasowej.

Szczerze mówiąc, miałem podobnie. Pewnie delikatnie spodziewałem się, że na koniec pracy mogę otrzymać jakiś prezent, lecz na pewno nie nastawiałem się na pożegnanie w takich okolicznościach, czyli po konferencji prasowej. Zresztą, trener Miodrag Rajković faktycznie stracił pracę, tylko chwilę później. Ostatni dzień mojej pracy był również dla niego ostatnim dniem pracy.

Jak się okazało – po zakończeniu konferencji prasowej do sali wszedł nie tylko prezes, ale cała ekipa: wszyscy koledzy i koleżanki z biura. Podziękowano mi i otrzymałem pamiątkową koszulkę Śląska ze swoim nazwiskiem i podpisami wszystkich zawodników, trenerów oraz kolegów i koleżanek z pracy, co najcenniejsze. Dostałem też pamiątkowy zegarek z grawerem. Byłem bardzo wzruszony. Miało to dla mnie symboliczny wydźwięk – w sali konferencyjnej Hali Orbita, która była naszym centrum dowodzenia podczas meczów. Uznaję to za dodatkowy smaczek.

Michał Lizak. Jak ci się pracowało z ówczesnym prezesem Śląska? Jak go wspominasz?

Przede wszystkim chcę skorzystać z okazji i mu podziękować. Gdyby nie zaufał mi i Adrianowi tych dziewięć już lat temu, to ja nie byłbym w tym samym miejscu. To był wymarzony początek przygody zawodowej w środowisku, które jest otwarte na nowych ludzi. Michał jest osobą, która ma doświadczenie w tej branży, więc też może podpowiadać, uczyć. On mnie „stworzył” jako dziennikarza. W późniejszych latach nasza współpraca była… trudna. Michał jest osobą, która wejdzie w dyskusję, ale trudno go przekonać do zmiany zdania. Nie mówię, że to się nigdy nie stało, ale nie było to łatwe. Ja z kolei nie jestem osobą, która lubi się wykłócać. Nie do mnie musi należeć ostatnie słowo. Często odpuszczałem. Może w niektórych sytuacjach powinienem postawić na swoim? Trochę tego żałuję, choć trzeba szanować hierarchię. Każdy, kto współpracował z Michałem, musi jednak przyznać, że bez względu na efekty jego decyzji, nikomu nie zależało bardziej na koszykarskim Śląsku. Naprawdę żył tym klubem od rana do wieczora i pewnie też w nocy. Wszystkie błędy, które popełnił, nie wynikały z niedopatrzenia czy lenistwa. Nie można zarzucić, że mu nie zależało.

Kliknij aby zamknąć     

TRENING DLA KLAS 1-3

Turnieje Koszykówki 3x3 #koszewewro