Czego doświadczyli, jaka jest ich historia? Oto opowieść o Mieście Szkła Krosno

Był 18 maja 2016 roku, gdy Szklany Team cieszył się z awansu do ekstraklasy, pokonując Legię Warszawa w ostatniej rundzie play-offów. Wtedy też zakończyło się rezultatem 3:2, wtedy też piąty mecz miał miejsce w Krośnie. Po dziewięciu latach historia zatoczyła koło, a krośnianie znów będą oglądali swoich ulubieńców na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce.

Przygoda pod nazwą „pierwsza liga” potrwała dokładnie sześć sezonów. Pierwszy z nich – 2019/2020 – został przerwany przed pandemię. Długość sezonu nie miała jednak wpływu na wynik, bo rok później Miasto Szkła również zajęło 6. miejsce. Później było mniej przyjemnie, gdy krośnianie nie zakwalifikowali się nawet do fazy play-off, kończąc rundę zasadniczą z bilansem 14-18. I tak jak przez dwa lata Szklany Team był „przyspawany” do miejsca szóstego, tak przez kolejne dwa lata lądował ostatecznie na miejscu jedenastym. Przypadek?

Warto dodać, że krośnianie sezon 2022/2023 kończyli już z trenerem, który do dziś prowadzi ten zespół. To Łotysz – Edmunds Valeiko. Z Polską miał styczność już wcześniej: prawie 20 lat temu rozegrał 4 występy w barwach Polpaku Świecie. Z kolei w Krośnie został na dłużej. Po sezonie 22/23 nadszedł sezon 23/24, a wraz z nim… nowa jakość! Miasto Szkła prezentowało się na tyle dobrze, że podczas rundy zasadniczej wywalczyło – uwaga – pierwsze miejsce. Oczywiście, była to niespodzianka na tle innych drużyn, choć już „sensacja” to za duże słowo. Krośnianie rok temu mieli naprawdę jakościowy skład.

Pierwsze miejsce rozpaliło nadzieje na awans, ale te emocje nie towarzyszyły im zbyt długo. Obecność Miasta Szkła na fotelu lidera była niespodzianką, a prawdziwą sensacją okazał się… ich rezultat podczas pierwszej play-offowej serii. Krośnianie trafili na GKS Tychy. Drużyna prowadzona przez trenera Tomasza Jagiełkę w otwierającym rywalizację meczu wyprowadziła lewy sierpowy, a prawym dobiła rywala już dzień później. Wyniku 2:0 na korzyść GKS-u nie spodziewał się nikt. Krośnianom nie udało się napisać pozytywnego zakończenia tej historii. Finalnie przegrali 1:3 i odpadli z play-offów na rzecz ósmej drużyny w tabeli.

Cierpliwość okazała się kluczowa. Nie było rewolucji, nie było wielkiej przebudowy. Władze klubu raz jeszcze zaufały łotewskiemu szkoleniowcowi. Miasto Szkła ponownie należało postrzegać jako zespół mocny i dobrze zbudowany, ale nie taki, któremu z marszu należy przypisać 1. miejsce na koniec rundy zasadniczej. Ale tak się stało. To krośnianie rozpoczynali tegoroczne play-offy jako teoretycznie najsilniejsza drużyna w lidze.

Powtórki sprzed roku jednak nie było. Tym razem Szklany Team rywalizował nie z GKS-em, a z Notecią, czyli pierwszoligowym beniaminkiem. Krośnianom najwyraźniej udzieliła się sportowa złość, bo mecze u siebie wygrali tak znacząco, jak gdyby chcieli nie pozostawić choćby krzty wątpliwości. Bardziej wyrównana seria była ta półfinałowa, gdy rywalizowali z WKK Wrocław, ale tu też skończyło się na 3:0. I w ten sposób Edmunds Valeiko wprowadził swoich podopiecznych do wielkiego finału.

W nim byliśmy świadkami naprawdę zażartej rywalizacji. I to pięciomeczowej! Od 1:0 dla Astorii, po remis w serii, prowadzenie Miasta Szkła i ponowny remis. Aż zadecydowało piąte spotkanie. Tak, w Krośnie – jak 9 lat wcześniej. Wydawało się, że więcej argumentów po swojej stronie ma Asta. Tym bardziej że w czwartym meczu kontuzji doznał Bartosz Chodukiewicz, czyli tak naprawdę jedyny zmiennik dla podstawowego środkowego Miasta Szkła. Jak się okazało – Astoria była osłabiona równie mocno, może nawet bardziej. Wiadomo było, że nie zagra kontuzjowany Marcin Nowakowski, ale finalnie na parkiecie nie pojawił się także Michał Chyliński. Obaj – jakże doświadczeni – nie mogli pomóc swoim kolegom z drużyny bezpośrednio na boisku.

Jak wyglądał sam finał? W przypadku Astorii bardzo dużo zależało od amerykańskiego strzelca. Martyce Kimbrough zdobył 30 punktów, spędził na placu gry pełne 40 minut, ale przyjezdnym i tak czegoś brakowało. Wśród rywali punktowanie nie było aż tak skupione wokół jednej postaci. Hubert Łałak miał świetną pierwszą kwartę. Michał Jankowski przyzwyczaił do tego, co prezentuje jako rezerwowy. Przemysław Wrona standardowo dla siebie punktował z pomalowanego, ale w końcówce dał sporo energii już poprzez kolejne wsady. Do tego Michał Chrabota, który po raz pierwszy na zapleczu ekstraklasy był w tak istotnym etapie sezonu. I oczywiście Tre Jackson – MVP rundy zasadniczej i MVP serii finałowej. Wszystko wskazuje na to, że za kilka miesięcy choćby któregoś z nich zobaczymy ponownie w akcji – tym razem już w Orlen Basket Lidze.

Kliknij aby zamknąć     

TRENING DLA KLAS 1-3

Turnieje Koszykówki 3x3 #koszewewro